Publicystyka, refleksje, newsy ...Psy szczekają karawana jedzie dalej.
Motto: Bitwa zwycięska to bitwa, której nie uznaliśmy za przegraną.
Ferdynand Foch
(Nie) spacerek Radwańskiej "Szukanie medalowych szans Polaków na igrzyskach może przerodzić się w obsesję (...)Więc w przypadku Radwańskiej o medalu pisać nie będę, bo jest mniej lub bardziej tak prawdopodobny, jak medal Otylii Jędrzejczak w jej ostatnim starcie, i wolę być niespodziewanym sukcesem zaskoczony, niż rozczarowany. (...) A teraz ten scenariusz najciemniejszy. Dajmy na to, że Polka awansuje do półfinału, który - jak można w wielu miejscach doczytać - ma być ponoć bardzo blisko po wycofaniu się Anny Ivanović (Polka na nią "wpadała" w ćwierćfinale). I wyobraźmy sobie, my, napomopowani balonem oczekiwań, że Radwańska gra o finał... z Sereną Williams (w tym roku dwie dość dotkliwe porażki). A gdy ewentualnie przyjdzie naszej tenisistce walczyć w meczu o 3. miejsce i wymarzony brąz to rywalką może być... Venus Williams (gdy ta przegra wcześniej np. z Dinarą Safiną). To tylko dywagacje, z szansami powodzenia na poziomie może 5 proc. Ale ów ułamek sprawia, że gdy koszmar się narodzi, wielu może uznać występ Agnieszki w Pekinie za porażkę. A to byłaby kompletna, niesprawiedliwa, idiotyczna bzdura. Więc już nie chcę wypatrywać medalowych szans, bo to niezdrowe".
Moim zdaniem problem jest zupełnie inny, problemem nie jest rozpatrywanie szans medalowych, ale mylenie szans, mylenie nadziei i oczekiwań z rzekomym przyznawaniem z góry medali. Moim zdaniem trzeba uczyć się precyzyjnego oddzielania jednego (rozpatrywania szans) od drugiego ( dzielenia skóry na niedźwiedziu). Według mnie problemem jest strach przed porażkami a on paradoksalnie zmniejsza szanse zwycięstw. Porażki w życiu i w sporcie są czymś normalnym i trzeba uczyć się samemu i uczyć innych pogodnie je znosić, im lepiej się znosi porażki tym zwycięstwa przychodzą łatwiej i na odwrót. Znosić to nie znaczy godzić się z nimi. Złość sportowa po porażce jest jak najbardziej usprawiedliwiona, o ile polega ona na dążeniu do rewanżu, a nie na rozpamiętywaniu porażki.
Moim zdaniem problem jest odwrotny niż wynika z powyższego cytatu, nie jest nim nadmiar a niedomiar optymizmu, wiary i pewności siebie. Strach przed porażkami - wynikający z nie umiejętności społeczeństwa odróżniania szans od pewności - paraliżuje entuzjazm, zmniejsza wiarę w siebie, hamuje aspiracje etc. Od nikogo (także od faworytów) nie można domagać się zwycięstw i nikomu nawet outsiderowi nie można odbierać szans i nadziei na zwycięstwa. Każdy ma prawo wierzyć w siebie i okazywać tą wiarę na sposób jaki chce (na własną odpowiedzialność) a czynienie z tego powodu zarzutów w razie porażki jest właśnie dowodem nieumiejętności oddzielenia koniecznej wiary w siebie od rzekomego obiecywania zwycięstw i rzekomego nie dotrzymywania obietnic.
Cechuje nas brak wystarczającego zrozumienia prostej prawdy, że im większa wiara w siebie sportowców tym większe szanse zwycięstwa a nie odwrotnie, że wiara w siebie ma jedynie zwiększać szanse na zwycięstwa a nie być ich gwarancją. Brak pozwolenia zawodnikom i kibicom na wiarę w siebie z obawy przed porażkami i rozliczeniami jest największą krzywdą jaką można wyrządzić tak sportowcowi każdemu z osobna jak sportowi w ogólności.
Sądzę że Polacy jako ogół ( większość ) mają problem z logicznym, precyzyjnym myśleniem i w tym tkwi nasza największa słabość jako społeczeństwa i to rzutuje również i na sport. To nas odróżnia na niekorzyść od wyżej od nas stojących pod tym względem społeczeństw zachodnich. Należy bezwzględnie wierzyć w siebie, stawiając sobie wysokie cele i wymagania, nie bać się nawet deklaracji na wyrost, gdyż są one często skutecznym dopingiem i motywacją do czynu, ale nie można obrażać się na siebie i innych, jeśli to nie przekłada się za każdym razem na zwycięstwa. Tylko ważne aby ta wiara była prawdziwa a nie udawana, aby nie wyradzała się w bezpodstawne zadufanie w sobie (chciejstwo) czy lekceważenie przeciwnika i te przerosty wiary w siebie trzeba zwalczać na równi z jej brakiem. Zwalczać, ale nie przez wylewanie dziecka ( wiary ) razem z kąpielą ( zwyrodnieniami).
Musimy pamiętać że wiara ma tylko zwiększać szanse na zwycięstwa, a nie być ich gwarancją, a wtedy zniknie strach przed porażkami, paraliżujący i tłumiący niezbędną do odnoszenia sukcesów wiarę w siebie. Ta przerażająca nie umiejętność odróżniania jednego od drugiego (np. precyzyjnego oddzielenia porządku przed meczowego z pomeczowym) zmniejsza nasze szanse w konfrontacji na niwie sportowej z ludźmi zachodu, w nie mniejszym stopniu niż mniejsze zasoby i mniejsza kultura materialna. Ustępujemy znacznie jako społeczeństwo społeczeństwom zachodnim i w kulturze umysłowej ( np. niedostatek logicznego i precyzyjnego myślenia) i w kulturze materialnej, ale jako społeczeństwo a nie koniecznie jako poszczególne jednostki.
Domaganie się obniżania aspiracji w obawie porażek i reakcji społeczeństwa na te porażki jak zaleca autor powyższej wypowiedzi prowadzi prostą drogą do zabijania (zmniejszania) wiary w siebie, a to prowadzi do coraz większej zapaści polskiego sportu. A rozwiązanie jest proste, ale być może w polskich realiach ( niedostatek logicznego myślenia) niemożliwe do zastosowania, a jest nim precyzyjne odróżnianie zapowiedzi opartych na wierze, nadziei, aspiracjach etc. od konieczności, nieuchronności ich dotrzymywania. Nie można spalać wiary na ołtarzu niemożliwego, czyli domagania się samych zwycięstw od tych co mają odwagę otwarcie przyznawać się do swoich aspiracji. Wymaganie rzeczy niemożliwych, obrażanie się na rzeczywistość, czy branie aspiracji za chciejstwo to cecha niedojrzałych umysłów. Do sportowców można mieć pretensje o brak zaangażowania, woli walki etc. a nie o to, że wiara, aspiracje czy deklaracje nie zawsze przekładają się na wynik.
PATCH.
"(...)po porażce Radwańskiej w II rundzie z Francescą Schiavone 6:, 7:6. Niestety wykrakałem to w ostatnim wpisie, snując sylaby, że Włoszka, jak i potencjalne rywalki Radwańskiej w kolejnych rundach, są takimi zawodniczkami, że może to nie faworytki, ale łatwo sobie wyobrazić z nimi przegraną. No to sobie wyobrazić teraz jeszcze łatwiej... "(...).
Jak się kracze to zawsze można wykrakać, ale po co?. Jaki sens ma przewidywanie porażek?. Nie wystarczy że i tak od czasu do czasu są nieuniknione?. Nikt nie ma monopolu na wygrywanie, można wygrać z faworytem i przegrać będąc samemu faworytem, to nic niezwykłego w sporcie. Ja też brałem pod uwagę porażkę Agnieszki, miała bardzo groźną przeciwniczkę, ale to nie znaczy abym miał z góry przewidywać porażkę, nie zrobiłbym tego nawet gdybym uważał czyjeś szanse za minimalne, bo po co?. W sporcie nie chodzi o to aby przewidzieć przyszłość, ale chyba o to aby dopingować tym którym się kibicuje i zwiększać ich szanse na sukcesy. Z porażką trzeba się zawsze liczyć i tyle i ta świadomość nie powinna przeszkadzać, ale odwrotnie pomagać w dopingowaniu. Wystarczy nie brać oczekiwań za rzeczywistość i nie robić dramatu gdy rzeczywistość okaże się inna niż oczekiwania, bo to wytwarza niezdrową presję i tworzy atmosferę strachu przed porażkami i daje alibi tym kibicom którzy wykorzystują porażki do narzekań, biadolenia i insynuacji.