Publicystyka, refleksje, newsy ...Psy szczekają karawana jedzie dalej.Motto: Bitwa zwycięska to bitwa, której nie uznaliśmy za przegraną. Ferdynand Foch
| < Sierpień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      
Zakładki:
Ulubione
Blogi Sportowe statystyka Katalog Stron www http://www.interbookie.pl/tutoriale/tenis-ziemny-poradnik-typera/poradnik-dotyczacy-typowania-tenisa-ziemnego

POLEMIKI - RÓŻNE

czwartek, 17 grudnia 2009

Karol Stopa: Solówka ( felieton ukazał się również w Rzepie pod dramatycznym tytułem: Zostałem zwolniony z pracy)

"Tenis jest sportem na wskroś indywidualnym, a wielcy soliści z rakietami to często egoiści i cynicy. Naiwnością byłaby wiara, że w grze o miliony dolarów szansę może mieć ktoś kochający bliźniego, skłonny do szczerych wyznań, opowiadający przed meczem o własnych problemach.

Jako junior nie mogłem pojąć, czemu moi wyróżniani w klubie koledzy wszystkie rozmowy o tenisie zaczynają od siebie i na sobie kończą. Dopiero na korcie zrozumiałem, że zawodnik, który wychodził na mecz zafascynowany klasą rywala, już na starcie nie miał z nim szans. Ten buńczucznie wzruszający ramionami i dodający nieparlamentarnie, co też za chwilę "ja z nim zrobię", wygrywał psychologiczną batalię, a potem nieraz i cały pojedynek..

Osoby dorastające w takich klimatach często trudno zaakceptować w życiu codziennym. Tak cenny na korcie egocentryzm przeszkadza w relacjach z rodziną, przyjaciółmi albo mediami. Rozsądek podpowiada największym korzystanie z usług rzeczników prasowych albo w skrajnych przypadkach ? z pomocy specjalistycznych firm od kreowania wizerunku. Na paplanie, co ślina na język przyniesie, nikt poważny sobie dziś nie pozwala. (...).

Cały tekst tutaj: http://blog.rp.pl/blog/2009/12/14/karol-stopa-solowka/

Włosy się na głowie jeżą. Dobrze, że nie mam głowy.

To będzie subiektywny ogląd i opis rzeczywistości. Nawet nie znam osobiście żadnego bohatera przedstawienia. Wg mnie - kibica, pani Agnieszka poszła za daleko wypowiadając się o zwolnieniach komentatorów z pracy, wg mnie wystarczyłoby przyznanie się do ściszania odbiornika w czasie oglądania meczów tenisowych. Praca jest dobrem szczególnym, dla niektórych najważniejszym i są ludzie jej pozbawieni, więc nie polecałbym nikomu podobnych wypowiedzi. Nie wiem czemu pan Karol Stopa słowa tenisistki odniósł akurat do siebie, ale pewnie jakieś powody miał, ale moim zdaniem pan Karol w swojej odpowiedzi posunął się znacznie za daleko, o wiele za daleko. W pełni dołączam się do pierwszej opinii, która pojawiła się pod jego tekstem na blogu: " Nie podoba mi się również zawarta w felietonie sugestia, że Radwańska jest cyniczna i egocentryczna. Interpretując w ten sposób wypowiedzi Radwańskiej, wykazał się Pan jedynie swoim egocentryzmem. Może należałoby odnieść do siebie potrzebę dodatkowych lekcji dobrego wychowania".

Wg mnie komentarze na Eurosporcie ostatnio uległy wyraźnej poprawie. Inaczej jest z portalem eurosport.pl, który dość często jest na wojennej ścieżce z tenisistką, albo to tabloid, który na siłę szuka taniej sensacji i za nic ma inne względy. Więcej uwag miałbym do Polsatu, a zwłaszcza do - jak dla mnie przesiąkniętych jadem niechęci - komentarzy pani Katarzyny Nowak. Sądzę, że lekcje o których pisze pan Karol przydałyby się najbardziej pani Katarzynie. Mnie oczywiście też, ale ja - kibic, jestem najmniej ważny, więc szkoda byłoby na mnie czasu, tym bardziej, że nie mogę ręczyć za ich skuteczność. Nie ukrywam, że najbardziej zawiodłem się na pani Nowak, bo po byłej tenisistce i kobiecie spodziewałem sie najwięcej. Pani Katarzyna jest słodko - gorzka, bardzo słodziutka wobec zagranicznych tenisistek ( są one dla niej wzorem wszelkich możliwych cnót), i bardzo gorzka wobec polskiej tenisistki. Ale gdybym miał coś do powiedzenia, to jednak doradzałbym naszym tenisistom, żeby o mediach i kibicach wypowiadali się tylko w samych superlatywach, że są cudowni, kochani, wyrozumiali, tolerancyjni, niezwykle przychylni, że ciągle ich wspierają i podnoszą na duchu, że nieba chcą im przychylić, że czują się jak pączki w maśle i brakuje im jeszcze tylko ptasiego mleka, że jest im niemal tak dobrze, jak choćby Karolinie Wozniackiej w Danii. I tylko cieszyli się skrycie, że nie jest tak naprawdę. Bo łasi na pochwały i niechętni krytyce, są wszyscy i każdy widzi przysłowiowe żdzbło u innych, media i komentatorzy również, a może nawet przede wszystkim, co widać choćby po powyższym felietonie pana Karola Stopy. Sądzę, że pani Agnieszka nie miałaby z pochwałami większych problemów, gdyby żyła w życzliwym i przychylnym ludziom sukcesu kraju. Ale w polskiej rzeczywistości, aby prezentować taką postawę należy odznaczać się dużym wyrachowaniem i cynizmem, więc pani Agnieszce można zarzucić co najwyżej nadmierną szczerość.

O polskiej rzeczywistości mówił niedawno na łamach "PS" piłkarz Radosław Matusiak: - "Wyróżniam się czymś takim, że mało kto mnie toleruje. W Polsce lubi się ludzi małych i bez ambicji (...). Ten kto coś osiągnął (...) automatycznie staje się wrogiem". Może to co wyróżnia Matusiaka, a o czym on sam jeszcze nie wie, to właśnie ten rozpoznany przez pana Karola Stopę "egocentryzm i cynizm", który jest tak wytykany u innych, zwłaszcza gdy odnoszą jakieś sukcesy.

Obraz świata jaki wyłania się z tekstu znanego polskiego komentatora, jest strasznie ubogi w kolory, jeno dwukolorowy: biały - to on, nietykalny i obrażalski wielki altruista pan Karol Stopa, czarny - to oni, egocentrycy i cynicy, do cna wyjałowieni z miłości bliźniego, czyli Ci którzy panu Karolowi podpadli, albo co gorsza mogli, czy jeszcze mogą podpaść. A to pani Radwańska śmie mieć własne zdanie i to nie najlepsze o kilku komentatorach damskiego tenisa i jeszcze ośmiela się ściszać swój odbiornik, być może - a to przecież niewykluczone - nawet wtedy, gdy pan Karol przemawia,  a skąd później będzie wiedzieć nieboga w którym kierunku się rozwijać?, albo jak odróżni dobro od zła?. Fakt, co za nietakt!. A to juniorzy - nie wiem czy dobrze zrozumiałem - którzy w młodości nie okazali miłości bliźniego panu Karolowi i bezczelnie ogrywali pana Stopę. Fakt, wyjątkowy nietakt!. I na dodatek zachowywali się "buńczucznie" i "wszystkie rozmowy o tenisie zaczynali od siebie i na sobie kończyli". Fakt, wielki nietakt!. A przecież powinni zaczynać od i kończyć na panu Karolu Stopie. Okrutni z nich byli cynicy i egocentrycy. Okrutni okrutnicy!. Widocznie nie odrobili lekcji z dobrych manier.

W końcu dowiedziałem się jakie zdanie ma pan Karol o wszystkich "wielkich solistach" w swoim "ukochanym sporcie": Navratilovej, Graf, Jędrzejowskiej, Federerze, Samprasie, Nadalu, Fibaku i spółce. Dzięki panu Stopie poznałem ich zbiorcze cechy charakteru i to od razu ryczałtem.  Nie chcę pozostać naiwniakiem więc chętnie przyznam, że oni wszyscy byli/są egocentrykami i cynikami do cna wyzbytymi z miłości bliźniego. Potwierdzają to ostatnie przypadki: Serena W. (nb. wzór cnót pani Nowak, którą podczas Wimbledonu, podawała za świetlany przyklad naszym tenisistkom): "wezmę tę piłkę i wepchnę ci ją do gardła" i do niedawna wielce celebrowany Andre Agassi: "dużo bardziej od narkotyków szokuje w książce stosunek do innych tenisistów. Pete Sampras to sknera, który daje jednodolarowe napiwki. Na korcie jest robotem, brak mu wyobraźni. (...) Dostaje się też Courierowi, Beckerowi, Musterowi, Changowi. Agassi ich nie lubił, do każdego czuł jakieś urazy". Nic w tym zresztą niezrozumiałego nie ma, bo jak można - jak słusznie pan Karol zauważył - ogrywać bliźnich, odzierać ich z pieniędzy i złudzeń i jednocześnie nosić miłość do bliźniego w sercu?. To nie podobieństwo!. Ci zaś co obrywają, to są zawsze szlachetni altruiści, niemal do cna wyzuci z egocentryzmu i cynizmu, cali przepełnieni miłością bliźniego, bo inaczej nie daliby się ogrywać!. Co prawda czasami aż sinieją i łamią rakiety ze złości, ale jeszcze się przecież nie zdarzyło, aby złamali ją na swoich zwyrodniałych pogromcach i pewnie czynią to z ogromnengo żalu do siebie, że dali się na chwilę ponieść złemu i urwali zbyt wiele gemów, albo całego seta, a może nawet byli blisko - wybacz im Boże - ogrania swojego Bogu ducha winnego bliźniego.

Jestem ciemno - wiśniowy, ale może od powyższej reguły znajdą się wyjątki?. Sam pan Karol przecież napisał: "Naiwnością byłaby wiara, że w grze o miliony dolarów szansę może mieć ktoś kochający bliźniego, skłonny do szczerych wyznań, opowiadający przed meczem o własnych problemach". A przecież wyznania pani Agnieszki o "kilku komentatorach" są "szczere" i opowiadają o "własnych problemach". Na szczęście byłych bo, jak mówi tenisistka: "- Ja jednak już przestałam się przejmować ich komentarzami. Jeśli oglądam jakiś mecz tenisa w telewizji to przy wyciszonym głosie". A przecież pani Agnieszka musi wiedzieć, że z mediami nikt jeszcze wojny nie wygrał, że czwarta władza trzyma wiele sznurków w ręku i jest - jak zresztą wszyscy - niezwykle drażliwa na swoim kontrapunkcie, i ma długą pamięć i zawsze ma rację, bo sprawiedliwość sprawiedliwością, prawda prawdą, ale słuszność zawsze musi być po stronie mediów. Więc najlepiej trzymać z nimi sztamę. Tak właśnie zachowują się egocentrycy i cynicy!. Każdy przecież wie, że to "pokorne ciele dwie matki ssie"!, więc kogo felietonista chciał omamić?.

“Tenis jest sportem na wskroś indywidualnym, a wielcy soliści z rakietami to często egoiści i cynicy. Naiwnością byłaby wiara, że w grze o miliony dolarów szansę może mieć ktoś kochający bliźniego”. Jestem czerwony, ale po przeczytaniu felietonu z miejsca skierowałem te uwagi pod właściwy adres, czyli komentatorów i dziennikarzy. Bo gdzie jest miłość bliźniego autora?. Czemu nie dąży do pojednania zamiast zaogniać spór i nastawiać kibiców przeciw tenisistce pomawiając ją o rzekomy “egocentryzm i cynizm", bo śmiała skrytykować komentatorów. Pan Karol oburza się na krytykę pod adresem komentatorów, a tenisiści nie mają prawa do swoich odczuć, w czym jest różnica?. Czy pan Karol ma prawo oceniać, a inni mają tylko prawo milczeć?. Czy tenisistka nie ma prawa do swojego zdania?. Czy na przyklad pisarze zawsze żyją w zgodzie z recenzentami?, a reżyserzy i aktorzy z krytykami?.

"WTA Tour podczas specjalnych szkoleń instruuje, by nie dezawuować po meczach umiejętności przeciwniczek i nie oceniać organizatorów imprez". Ale przecież nie chodzi im o wychowywanie kogokolwiek, ani o miłość bliźniego, ale o dobrze pojęty obopólny interes!. A może podobny kurs przydałby się również niektórym naszym komentatorom wobec tenisa kobiecego w ogólności, a wobec własnych rodaczek w szczególności?. Jestem fioletowy ( chyba starość nadchodzi ), ale może komentatorzy powinni tak wykonywać swoją pracę, aby tenisistom i kibicom nie dawać powodów do cierpkich uwag?. Dlaczego od razu z góry zakładać, że wina jest po stronie tenisistki?. Na przykład najbardziej znany polski tenisista W. Fibak w ubiegłym roku tak przekazywał swoje wrażenia: "- Oglądałem US Open we Francji i dopiero od dwóch dni patrzę na ten turniej w Polsce. Co za różnica! Gdyby któraś z Francuzek wystąpiła na głównym korcie i długimi momentami walczyła jak równa z Venus Williams, to francuski komentator chyba by ochrypł z zachwytu. A u nas... marudne wyliczanie błędów własnej zawodniczki. Cieszmy się trochę, że mamy Agnieszkę. (...)". A może komentatorzy chcą mieć status "świętych krów"?. Wydaje mi się - choć oczywiście zawsze mogę się mylić - że komentatorów tenisowych nigdy nam nie brakowało, a dobrzy tenisiści byli do niedawna tylko wspomnieniem odległej przeszłości. Więc gdybym ja - kibic miał wybierać, to z dwojga złego na "święte krowy", wybrałbym tenisistów.

“Chcę wyrazić swój ogromny żal. Osoba, na którą tak długo w ukochanym sporcie czekałem” – nie pan jeden, ale chcę panu powiedzieć, że po niektórych komentarzach nigdy sam bym się tego nie domyslił, nigdy. I ja - kibic mam o to od początku "ogromny żal" do niektórych komentatorów. Wg mnie przydałoby się troszkę więcej entuzjazmu, radości, życzliwości, ciepła, docenianie i to nie w słowach, ale w tonie komentarzy. Od komentarzy na Polsacie podczas tegorocznego Wimbledonu to aż czasami wiało mrozem, a niemal każdą krytykę - słuszną, czy nie - musiano tłumaczyć życzliwością, a przecież życzliwości nie trzeba tłumaczyć, wynika ona bowiem z tonu przekazu!. Ale generalnie, widzę sporą różnicę między komentarzami tenisowymi, a komentarzami w innych dyscyplinach w odniesieniu do polskich sportowców. Widzę sporą różnicę w komentarzach tenisowych w stosunku do kobiet i mężczyzn. Mnie akurat docinki w stosunku do kobiet irytują, bo na równi stawiam sport kobiecy i męski, oczywiście przy uwzględnieniu naturalnych różnic wynikających z różnicy płci. Ale wiem, że jestem w mniejszości. Widziałem ogromną różnicę w komentowaniu meczów Agnieszki podczas Wimbledonu, a komentowaniem męskiego Masters z udziałem polskich deblistów. Jak się okazało można inaczej. W Masters krytyki nie trzeba było tłumaczyć życzliwością, nie było takiej potrzeby!. Gdyby z taką samą życzliwością komentowano mecze i polskich tenisistek, ja nie miałbym żadnych zastrzeżeń, najmniejszych.

"Na paplanie, co ślina na język przyniesie, nikt poważny sobie dziś nie pozwala". Naprawdę?. Jestem zielony, ale przecież pana tekst - oczywiście podług mnie - jest właśnie "paplaniem, co ślina na język przyniesie". Ale oczywiście przyznaję panu rację i też tego nie zalecam. A może zamiast zaogniać spór i prawić morały o miłości bliźniego, należaloby pójść śladem orędzia polskich biskupów: "wybaczamy i prosimy o wybaczenie", albo chociaż wzorem Indian spróbować zakopać topór wojenny i zapalić fajkę pokoju, ale już bez szukania winnych, bo mogłoby to się skończyć całkowitą masakrą w Tipi. Bo po co toczyć spory we własnym domu?. Ale jestem naiwny, prawda?

Wg mnie praca komentatorów podlega ocenie jak każda inna, bo nie może być tak, że komentator sportowy może sobie pozwalać na wszystko i nikt nie ma prawa go skrytykować. Podlega takiej samej ocenie, jak wszystko inne. Ale zgodzę sie, ze to nie sportowcy powinni oceniać komentatorów.

Tendencyjnie dobrane wpisy znalezione pod felietonem:

Izabela Laskowska:

"Jest mi smutno, ze nasz komentarz meczy tenisowych odbiega bardzo od poziomu europejskich komentarzy. Naszej tenisistce robi się negatywny marketing. A wystarczy wspomieć przykład Włoch, ktore oszalały kiedy Flavia Pennetta osiągnęła chociaż na krótko 9 miejsce w rankungu WTA. U nas po raz drugi Agnieszka Radwanska mieści się w pierwszej dziesiątce, ale komentarze są cierpkie, zwłaszcza ze strony pana Karola Stopy.
A co do komentowania meczy w telewizji podzielam pogląd Radwańskiej. Zdarza mi się często oglądać mecze w telewizji włoskiej, słowackiej i innych z komentarzem angielskim i potwierdzam różnicę. Nie bez kozery tworzy się duety dziennikarskie z byłymi tenisistami zawodowymi. Daje to inną moc komentarza. Nasze przyslowie mówi: “uderz w stół a nożyce się odezwą” a felieton pana Karola Stopy to potwierdza. To przykre, że szczera wypowiedź Radwańskiej, chociaż przyznam mało medialna, wzbudziła taką żółć. Kibice i tenisiści amatorzy oczekują naprawdę wsparcia naszej tenisistki".

Więcej wpisów zamieściłem w kometarzach do tej notki.

 

 

poniedziałek, 15 września 2008

W Gazecie Wyborczej z dnia 21 sierpnia 2008 ukazał sie komentarz Dariusza Wołowskiego pt. Nic się nie stało? Stało się stało".

"Tradycyjne okrzyki polskich fanów to niezły materiał do psychoanalizy. "Nic się nie stało, Polacy nic się nie stało" i "dziękujemy, dziękujemy, które towarzyszą klęską sportowych idoli, to świadectwo, jak mało ich w istocie cenimy".

Sądzę, że jest dokładnie odwrotnie, że za walkę do końca należą się wyrazy uznania, słowa otuchy etc. i że jest to "świadectwo" szacunku, a nie jego braku, jak imputuje "fanom" Dariusz Wołowski.

1).Po minimalnej porażce zawodnicy są podwójnie załamani i przybici, więc "okrzyki" powyższe można by potraktować jako zwykły ludzki odruch. Złośliwcy by nazwali to odruchem litości, pocieszenia, mniej złośliwi odruchem podniesienia na duchu.

2)."Okrzyki" powyższe są "świadectwem" tego - że kibice są "na dobre i złe" ze swoją drużyną, - że siebie ani zawodników nie uważają za pokonanych, - że co prawda bitwa została przegrana, ale wojna trwa dalej, - że trzeba mężnie znieść porażkę, podnieść się i walczyć dalej, - że kto nie umie godnie przegrywać, nie zasługuje na zwycięstwa.

3) "Okrzyki" powyższe można by potraktować jak "świadectwo" uznania klasy rywala. Gdy wygrywamy też lubimy doszukiwać się uznania naszej klasy ze strony przeciwnika. 

4) Wreszcie i najważniejsze "okrzyki" te są "świadectwem" większej kultury "fanów" siatkówki nad "fanami" piłki kopanej. Gdyby piłkarze piłki kopanej mieli takich "fanów" jak siatkarze, nie trzeba byłoby się wstydzić tego, że wiele słabszych od naszej drużyn, walczy z potentatami jak równi z równymi, bez widocznych kompleksów - nawet wtedy gdy nie są równi i wysoko przegrywają - podczas gdy nasi piłkarze grają "na klęczkach" i proszą o jak najniższy wymiar kary.

Sądzę, że dzięki tym "fanom" siatkarze osiągnęli wicemistrzostwo świata, a dla piłkarzy "dzięki" ich "fanom" sukcesem jest już sam udział w imprezie docelowej. Nasi piłkarze są najlepszym "świadectwem" na to że "styl" jest ważniejszy od samego wyniku, że porażka sama w sobie nie jest żadnym powodem do wstydu, ale już jej styl jak najbardziej może nim być.

"Celem drużyny Raula Lozano było jednak co innego niż nawiązanie walki z Włochami. Było nim zwycięstwo i awans do strefy medalowej. (...) nie przyjmuję tłumaczenia, że start drużyny Lozano w Pekinie zakończył się czymś innym niż porażką. Dla wicemistrzów świata, drużyny, która celowała w medale, starcie z Włochami to nie był jakiś tam sobie meczyk, tylko granica, bez przekroczenia której niemożliwe było osiągnięcie sportowej wielkości. Siatkarze tego decydującego kroku zrobić nie umieli.(...) Współczuję polskim siatkarzom, ale nie powiem, że nic sie nie stało. Stało się".

Nic dodać nic ująć. Sądzę, że autor tych słów nie znalazłby wsród "fanów" siatkówki wznoszących inkryminowane "okrzyki", nikogo kto myślałby odwrotnie. Po prostu autor nadaje inkryminowanym przez siebie "okrzykom" sens którego mieć nie mogą, a jaki mu pasuje do wysuwanych przez siebie tez.

Uściślę, moja pełna zgoda na powyższe tezy, jest uwarunkowana tym, że dotyczą one tylko założeń przed meczowych. To prawda, że wicemistrzostwo świata zobowiązuje do gry na odpowiednio wysokim poziomie, ale nie może być gwarancją zwycięstw, o ile sport ma mieć jakikolwiek sens. My też dążymy do sukcesów sportowych, również i w tych dyscyplinach, w których wcześniej nie odnosiliśmy sukcesów lub są one wspomnieniem zamierzchłej przeszłości. W sporcie nic nie jest dane raz na zawsze i dlatego obowiązuje zasada "bij mistrza".

"Nie namawiam do tego, żeby kadrę siatkarzy stawiać pod pręgierzem lub rozgromić na cztery wiatry... (...)"

Odpowiem na to cytatem z pana tekstu: "jeszcze by tego brakowało".

"Rzecz jasna, nie lekceważę roli poświęcenia, ale sport wyczynowy to nie przedszkole ani miejsce, gdzie wola walki i dobre chęci są wszystkim".

Ja bym powiedział, że "dobre chęci" są niczym. Mogą się przydać co najwyżej podczas konferencji prasowych, na boisku liczy się wiara i bezkompromisowa walka do końca.

"Jeszcze by tego brakowało, żeby w najważniejszym meczu życia siatkarze w ogóle nie podjęli walki".

Rozumiem, że jest to domena z góry zarezerwowana przez pana Wołowskiego dla naszego oczka w głowie czyli polskich pilkarzy piłki kopanej.

Pisząc poważnie, wolne żarty, panie Wołowski. Tak powinno być, ale nie jest i długo jeszcze nie będzie. Każde dziecko w Polsce wie, że tego czego brakuje w polskim sporcie najbardziej, w porównaniu z wieloma innymi nacjami, to właśnie "woli walki", tzn. "wola walki" jest, ale w postaci deklaracji (co mi nie przeszkadza) ale nie widać jej na boisku (a to już tak). Piłkarze nożni są na tą tezę klinicznym dowodem. "Wola walki" nie bierze się z niczego, bierze się z wiary i pewności siebie, nie da się jej sztucznie wyhodować, ani wmówić w siebie. Rzecz jasna "wola walki" jest tylko niezbędnym składnikiem sukcesu, ale w sporcie nawet potencjalnie słabszy może od czasu do czasu wygrać z silniejszym, właśnie dzięki brakowi kompleksów czyli większej woli i wiary w siebie. Niestety, w naszym sporcie jest ona wyjątkiem, a nie regułą.

Zgadzam się z panem Wołowskim, że "wola walki" jest to minimum przyzwoitości, gdyż powinna to być cecha każdego sportowca. Tak powinno być, ale często nie jest. Dlaczego?. Sądzę, że jedną z przyczyn tego stanu rzeczy, jest brak zrozumienia tego, że tzw. "wola walki" jest nie tylko minimum, ale także maksimum tego czego można żądać od każdego sportowca. Nie można od nikogo wymagać zwycięstw, można tylko wymagać walki do końca. Nie można od nikogo żądać rzeczy niemożliwych do spełnienia a gwarantowanie zwycięstw nie leży w możliwości sportowców. Jest to nie tylko irracjonalne, ale przejawia się w tym megalomania i brak szacunku dla rywala. Żądanie rzeczy niemożliwych czyli zwycięstw przyczynia się do braku radości z tego co się robi (widoczne u naszych wielu zawodników cierpiętnictwo) i wytwarza szkodliwą atmosferę strachu przed porażką. W sporcie jak chce się wygrywać nie można bać się porażek.

Wygłodniały, wyposzczony, często i wyleniały kibic, wymagając rzeczy niemożliwych i żądając rozliczeń z powodu ich braku, zmniejsza a nie zwiększa szanse na sukcesy, tak teraz jak i w przyszłości. Inaczej mówiąc sam sobie robi kuku. I nie zmieni tego fakt, że sam jest przekonany o tym, że nie tolerując porażek i wymagając zwycięstw, dowodzi swej męskości.

"...bo w hali wiał wiatr", czyli najgorsze wymówki z Pekinu

"W Atenach nie chciał współpracować koń, bokser nie atakował bo błędnie myślał, że wygrywa, albo kajak był za lekki o 15 gramów bo zawodniczka zgubiła szmatkę. A jakie wymówki przygotowali dla nas polscy sportowcy w Pekinie? Mantrą powtarzaną po każdej porażce było ''świat nam uciekł/odpłynął'', niektórzy jednak próbowali nieco mniej konwencjonalnych tłumaczeń. Oto, naszym zdaniem, te najbardziej niedorzeczne. Wy zadecydujcie, kto jest najbardziej/najmniej przekonujący.

Jesteśmy wielkimi fanami zestawienia najlepszych wymówek olimpijskich, którą sporządza Quentin - autor bloga ''Pekin 2008''. Na jego podstawie oraz w oparciu o własne źródła, wynotowaliśmy nasze ulubione. Postanowiliśmy nie układać ich w ranking, ale oddajemy w Wasze ręce sondę - zróbcie to za nas."

Głupota tego tekstu i całej akcji nie ma równej sobie, ale opiera się na złośliwości, a to cecha dużej części naszych rodaków, więc może liczyć na duże powodzenie i taki jest jej cel, a polskiemu sportowi może tylko zaszkodzić, a nie pomóc. Głupota zawsze jest szkodliwa.

Takie teksty i rankingi mogą powstawać w każdym kraju i mogą dotyczyć każdego sportowca, który przegra i tego co wygrał też, gdyby tylko przegrał. Jak się umiejętnie i długo szuka to zawsze się coś znajdzie, i można każdego wpisać na listę pod byle jakim pretekstem.

A prawda jest taka, że takich mamy sportowców jakich mamy kibiców, dziennikarzy, polityków etc., a cały polski sport opiera się tylko na wyjątkach od tej reguły. Jednym z takich wyjątków jest Radwańska, którą jakiś "mądrala" umieścił na tej liście pod pretekstem na gorąco wypowiedzianej wypowiedzi jej trenera.

Trzeba też umieć rozróżniać wymówki, od szukania przyczyn czy stwierdzania faktów zwłaszcza gdy dziennikarz stoi i wymaga jakieś odpowiedzi dla kibiców. Dla autorów tej akcji takie niuanse nie mogą mieć znaczenia , bo by skazały całą akcję na szybkie niepowodzenie.

Cała ta akcja to szukanie dziur w całym, robienie problemów z braku problemów i mylenie skutków słabości polskiego sportu z ich przyczynami. A jedną z przyczyn ogólnej mizerii polskiego sportu jest złośliwość i narzekactwo polskich kibiców w miejsce gdzie powinna być pozytywna praca na rzecz ogólnego dobra. Czego jednym z przejawów jest ta akcja.

Pisząc kibic mam na myśli wszystkich kibiców w tym i dziennikarzy, polityków etc. nie rozróżniam grup tylko jednostki.

Jak to robią inni; Brytyjski skok na medale
Niektóre bolączki polskiego sportu; Polscy sportowcy słabi psychicznie, czy źle trenowani? 

Dole i nie dole polskich sportowców; Aneta Konieczna: Nie miałam żadnej pomocy          

Artur Noga niezadowolony ze startu w finale, teraz chce złota w Londynie

PATCH. Nie będę gorszy od innych. Też dołożę "wymówkę" trenera Smalcerza i działacza Nurowskiego, jako powód nie zdobycia medalu przez Marcina Dołęgę. W przypadku Dołęgi wymówką jest to, że zawodnik był za bardzo waleczny i myślał o złocie.

Wypowiedź trenera Smalcerza: "Sugerowałem, by dźwigał 197 kg. Igrzyska to nie czas na bicie rekordów, tutaj trzeba zbierać kilogramy. Niestety, nie mam pełnej władzy. Jak zawodnik się upiera, to dajemy mu szansę. Zakładamy, że zna siebie lepiej, choć ja podświadomie mu nie dowierzałem, spodziewałem się niedobrego. Już na początku zażyczył sobie ogromnego ciężaru, choć prosiłem, by działać spokojnie i rozważnie, przypominałem, że mamy czas. Trochę był z nim utrudniony kontakt, zabrakło mu realistycznego podejścia do swoich możliwości. A kiedy Marcin zorientował się, że musi walczyć choćby o brąz, zrobiło się za późno. (...) Trochę zgubiła go walka o złoty medal."

Wypowiedź Prezesa PKOl Nurowskiego; "Przepraszam, że mówię o jednej osobie indywidualnie, zresztą znakomitym zawodniku. Ale nie może być tak, że trener sobie, zawodnik sobie. Na własne życzenie wraca bez medalu. Gdyby ktoś mnie przed Pekinem zapytał o murowanego kandydata do wygranej, to ja bym na pierwszym miejscu stawiał właśnie na Dołęgę. A on sobie chciał rekord świata jakiś pobić podobno."

Nie śmiem krytykować trenera Smalcerza, znam i cenię jego zasługi dla sztangi, ale może, gdyby trener bardziej wsparł zawodnika swoim autorytetem, to może ten by wyrwał 200 lub 201 kg. Przypuszczenia i pretensje można kierować w obie strony. Czasy gdy trener był absolutnym dyktatorem, a zawodnik nie miał nic do powiedzenia, już chyba bezpowrotnie minęły. 

Może trener powinien powiedzieć mniej więcej tak: skoro się upierasz to widocznie wiesz co robisz, musiałem być w błędzie, jesteś gotowy na rekord, zrób to, pokaż im, a odpowiedzialność za podejścia w razie niepowodzenia biorę na siebie.

PATCH. Jeśli ktoś jeszcze nie wie dlaczego polski sport praktycznie nie istnieje to wystarczy, aby zajrzał na fora internetowe. Jakie mamy społeczeństwo, taki mamy sport. Ktoś dzisiaj napisał w Dzienniku, że ten kto się śmieje się z naszych olimpijczyków, śmieje się sam z siebie.

Gazeta Sportowa Środa, 27 sierpnia

Czy jest za co dziękować Wiśle?

"Dlatego przypomnę spór, który toczył się m.in. na blogach, po fatalnym środowym ranku na igrzyskach, kiedy odpadli ręczni i siatkarze. Czy jest im za co dziękować? - brzmiało pytanie. Jedna strona argumentowała, że dali z siebie wszystko, że zagrali pięknie, że siatkarze przegrali pechowo, że tylko dwoma punktami, że drużyna Wenty ma charakter (co zresztą - i z tego też bardzo się cieszę, udowodniła zdobywając piąte miejsce bijąc Koreę i Rosję). Ale byli też tacy, którzy nie bali się powiedzieć, że siatkarze i ręczni przegrali w najważniejszym momencie sezonu, przegrali najważniejsze mecze w roku i dziękować im za co nie ma." 

 

 

Spór istotnie dotyczył pytania "Czy jest im za co dziękować?", ale pan powiela stereotypy, w ogóle nie dotykając istoty zagadnienia, a tym samym nieświadomie upraszcza rzeczywistość. Pisze pan; "siatkarze i ręczni przegrali w najważniejszym momencie sezonu, przegrali najważniejsze mecze w roku". Co do tego nie ma i nie było dwóch zdań i nie to było przedmiotem tego i podobnych jemu sporów. Spór dotyczy tego jakie można mieć wymagania wobec sportowców. Jedna strona uważa, że od sportowców można wymagać tylko i aż woli walki do końca, a druga strona uważa, że to nie wystarczy, że należy domagać się zwycięstw.

Ci pierwsi uważają więc, że pomimo wielkiego zawodu i rozczarowania, należą się zawodnikom podziękowania za walkę, a ci drudzy są zdania, że się nie należą, bo drużyna mimo walki przegrała. Ci co żądają zwycięstw mają nadzieję, że dzięki takiej postawie kibiców drużyna nabierze mentalności zwycięzców i zacznie wygrywać ważne turnieje. Druga strona uważa odwrotnie, że do osiągania zwycięstw wystarczy aż nadto wymagać "woli walki", zaangażowania etc., a wymaganie zwycięstw prowadzi do skutków odwrotnych od zamierzonych.  Skutkuje bowiem nie tylko brakiem uznania pracy i wysiłku sportowców w razie niepowodzenia, ale dodatkowo obciąża ich trudną do udźwignięcia presją nie zawsze możliwych do spełnienia oczekiwań. A ponadto niektórzy kibice, wychowani w tradycji domagania się zwycięstw, czują się upoważnieni do tego, aby narzekać i "wieszać psy" na sportowcach z powodu tego, że ci ostatni nie spełniają ich oczekiwań.

 
Gazeta SportowaPoniedziałek, 11 sierpnia 2008

(Nie) spacerek Radwańskiej

"Szukanie medalowych szans Polaków na igrzyskach może przerodzić się w obsesję (...) Więc w przypadku Radwańskiej o medalu pisać nie będę, bo jest mniej lub bardziej tak prawdopodobny, jak medal Otylii Jędrzejczak w jej ostatnim starcie, i wolę być niespodziewanym sukcesem zaskoczony, niż rozczarowany. (...) A teraz ten scenariusz najciemniejszy. Dajmy na to, że Polka awansuje do półfinału, który - jak można w wielu miejscach doczytać - ma być ponoć bardzo blisko po wycofaniu się Anny Ivanović (Polka na nią "wpadała" w ćwierćfinale). I wyobraźmy sobie, my, napompowani balonem oczekiwań, że Radwańska gra o finał... z Sereną Williams (w tym roku dwie dość dotkliwe porażki). A gdy ewentualnie przyjdzie naszej tenisistce walczyć w meczu o 3. miejsce i wymarzony brąz to rywalką może być... Venus Williams (gdy ta przegra wcześniej np. z Dinarą Safiną). To tylko dywagacje, z szansami powodzenia na poziomie może 5 proc. Ale ów ułamek sprawia, że gdy koszmar się narodzi, wielu może uznać występ Agnieszki w Pekinie za porażkę. A to byłaby kompletna, niesprawiedliwa, idiotyczna bzdura.    Więc już nie chcę wypatrywać medalowych szans, bo to niezdrowe".

Moim zdaniem problem jest zupełnie inny, problemem nie jest rozpatrywanie szans medalowych, ale mylenie szans, mylenie nadziei i oczekiwań z rzekomym przyznawaniem z góry medali. Moim zdaniem trzeba uczyć się precyzyjnego oddzielania jednego (rozpatrywania szans) od drugiego ( dzielenia skóry na niedźwiedziu). Według mnie problemem jest strach przed porażkami a on paradoksalnie zmniejsza szanse zwycięstw. Porażki w życiu i w sporcie są czymś normalnym i trzeba uczyć się samemu i uczyć innych pogodnie je znosić, im lepiej się znosi porażki tym zwycięstwa przychodzą łatwiej i na odwrót. Znosić to nie znaczy godzić się z nimi. Złość sportowa po porażce jest jak najbardziej usprawiedliwiona, o ile polega ona na dążeniu do rewanżu, a nie na rozpamiętywaniu porażki. 

Według mnie problem jest odwrotny niż wynika z powyższego cytatu, nie jest nim nadmiar a niedomiar optymizmu, wiary i pewności siebie. Strach przed porażkami - wynikający z nie umiejętności społeczeństwa odróżniania szans od pewności - paraliżuje entuzjazm, zmniejsza wiarę w siebie, hamuje aspiracje etc. Od nikogo, także od faworytów nie można domagać się zwycięstw i nikomu nawet outsiderowi nie można odbierać szans i nadziei na zwycięstwa. Każdy ma prawo wierzyć w siebie i okazywać tą wiarę na sposób jaki chce (na własną odpowiedzialność) a czynienie z tego powodu zarzutów w razie porażki jest właśnie dowodem nieumiejętności oddzielenia koniecznej wiary w siebie od rzekomego obiecywania zwycięstw i rzekomego nie dotrzymywania obietnic.

Cechuje nas brak wystarczającego zrozumienia prostej prawdy, że im większa wiara w siebie sportowców tym większe szanse zwycięstwa a nie odwrotnie, że wiara w siebie ma jedynie zwiększać szanse na zwycięstwa a nie być ich gwarancją. Brak pozwolenia zawodnikom i kibicom na wiarę w siebie z obawy przed porażkami i rozliczeniami jest największą krzywdą jaką można wyrządzić tak sportowcowi każdemu z osobna jak sportowi w ogólności.

Sądzę że Polacy jako ogół ( większość ) mają problem z logicznym, precyzyjnym myśleniem i w tym tkwi nasza największa słabość jako społeczeństwa i to rzutuje również i na sport. To nas odróżnia na niekorzyść od wyżej od nas stojących pod tym względem społeczeństw zachodnich. Należy bezwzględnie wierzyć w siebie, stawiając sobie wysokie cele i wymagania, nie bać się nawet deklaracji na wyrost, gdyż są one często skutecznym dopingiem i motywacją do czynu, ale nie można obrażać się na siebie i innych, jeśli to nie przekłada się za każdym razem na zwycięstwa. Tylko ważne aby ta wiara była prawdziwa a nie udawana, aby nie wyradzała się w bezpodstawne zadufanie w sobie (chciejstwo) czy lekceważenie przeciwnika i te przerosty wiary w siebie trzeba zwalczać na równi z jej brakiem. Zwalczać, ale nie przez wylewanie dziecka ( wiary ) razem z kąpielą ( zwyrodnieniami).

Musimy pamiętać że wiara ma tylko zwiększać szanse na zwycięstwa, a nie ma być ich gwarancją, a wtedy zniknie strach przed porażkami, paraliżujący i tłumiący niezbędną do odnoszenia sukcesów wiarę w siebie. Ta przerażająca nie umiejętność odróżniania jednego od drugiego (np. precyzyjnego oddzielenia porządku przed meczowego z pomeczowym) zmniejsza nasze szanse w konfrontacji na niwie sportowej z ludźmi zachodu, w nie mniejszym stopniu niż mniejsze zasoby i mniejsza kultura materialna. Ustępujemy znacznie jako społeczeństwo społeczeństwom zachodnim i w kulturze umysłowej ( np. niedostatek logicznego i precyzyjnego myślenia) i w kulturze materialnej, ale jako społeczeństwo a nie koniecznie jako poszczególne jednostki.

Domaganie się obniżania aspiracji w obawie porażek i reakcji społeczeństwa na te porażki jak zaleca autor powyższej wypowiedzi prowadzi prostą drogą do zabijania (zmniejszania) wiary w siebie, a to prowadzi do coraz większej zapaści polskiego sportu. A rozwiązanie jest proste, ale być może w polskich realiach ( niedostatek logicznego myślenia) niemożliwe do zastosowania, a jest nim precyzyjne odróżnianie zapowiedzi opartych na wierze, nadziei, aspiracjach etc. od konieczności, nieuchronności ich dotrzymywania. Nie można spalać wiary na ołtarzu niemożliwego, czyli domagania się samych zwycięstw od tych co mają odwagę otwarcie przyznawać się do swoich aspiracji. Wymaganie rzeczy niemożliwych, obrażanie się na rzeczywistość, czy branie aspiracji za chciejstwo to cecha niedojrzałych umysłów. Do sportowców można mieć pretensje o brak zaangażowania, woli walki etc. a nie o to, że wiara, aspiracje czy deklaracje nie zawsze przekładają się na wynik.

PATCH.

"(...)po porażce Radwańskiej w II rundzie z Francescą Schiavone 6:, 7:6. Niestety wykrakałem to w ostatnim wpisie, snując sylaby, że Włoszka, jak i potencjalne rywalki Radwańskiej w kolejnych rundach, są takimi zawodniczkami, że może to nie faworytki, ale łatwo sobie wyobrazić z nimi przegraną. No to sobie wyobrazić teraz jeszcze łatwiej... "(...).

Jak się kracze to zawsze można wykrakać, ale po co?. Jaki sens ma przewidywanie porażek?. Nie wystarczy że i tak od czasu do czasu są nieuniknione?. Nikt nie ma monopolu na wygrywanie, można wygrać z faworytem i przegrać będąc samemu faworytem, to nic niezwykłego w sporcie. Ja też brałem pod uwagę porażkę Agnieszki, miała bardzo groźną przeciwniczkę, ale to nie znaczy abym miał z góry ją przewidywać, nie zrobiłbym tego nawet gdybym uważał czyjeś szanse za minimalne, bo po co?. W sporcie nie chodzi o to aby przewidzieć przyszłość, ale chyba o to aby dopingować tym którym się kibicuje i zwiększać ich szanse na sukcesy. Z porażką trzeba się zawsze liczyć i tyle i ta świadomość nie powinna przeszkadzać, ale odwrotnie pomagać w dopingowaniu. Wystarczy nie brać oczekiwań za rzeczywistość i nie robić dramatu gdy rzeczywistość okaże się inna niż oczekiwania, bo to wytwarza niezdrową presję i tworzy atmosferę strachu przed porażkami i daje alibi tym kibicom którzy wykorzystują porażki do narzekań, biadolenia i insynuacji.

 
1 , 2