Publicystyka, refleksje, newsy ...Psy szczekają karawana jedzie dalej.Motto: Bitwa zwycięska to bitwa, której nie uznaliśmy za przegraną. Ferdynand Foch
| < Sierpień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      
Zakładki:
Ulubione
Blogi Sportowe statystyka Katalog Stron www http://www.interbookie.pl/tutoriale/tenis-ziemny-poradnik-typera/poradnik-dotyczacy-typowania-tenisa-ziemnego

POLEMIKI - PIŁKA

wtorek, 21 października 2008

Kick and rushPoniedziałek, 20 października

Polskich trenerów obrona przed wiedzą

"Zdobył ją (licencja UEFA Pro.- dopisek mój), mógłby prowadzić każdy klub i reprezentację na świecie. Nie poprowadzi, licencję UEFA Pro.bo „zagranica mnie nie interesuje i nie interesuje mnie los tamtych reprezentacji. Trener kadry powinien być z własnego kraju, bo obcokrajowiec nie będzie miał przed meczem nieprzespanych nocy.
Niech teraz pojedzie do Grecji i powie kibicom, że Otto Rehhagel powinien zostać zwolniony, bo nie ma greckiego paszportu. Co tam, że zapewnił kibicom najfajniejszy miesiąc w ich życiu. Niech jedzie do Anglii i spróbuje zastąpić Anglikiem uwielbianego (na początku było ciężko) Fabio Capello. Niech powie Portugalczykom, którzy nie strzelili gola w dwóch meczach (w tym Albanii u siebie), że dopiero teraz grają po bożemu, bo z Portugalczykiem Carlosem Queirozem na ławce. Wicemistrzostwo Europy i czwarte miejsce na świecie z Luizem Felipem Scolarim było złe i nieczyste".

2008/10/20 10:06:12

(...)Smuda mówi to co myśli i skoro uważa ze chciałby prowadzić kadrę tylko swojego kraju to tak uważa i już. Nie mówi nikomu, że obcokrajowcy nie powinni prowadzić innych reprezentacji niż swoja. On tylko mówi o sobie. Smuda jest bardzo specyficznym trenerem i może nie jest zbyt zaznajomiony ze współczesną myślą szkoleniową i techniczna (laptopy Michniewicza i Majewskiego), ale jak widać bez "współczesnej wiedzy" potrafi nauczyć swoich piłkarzy grać ofensywnie i ładnie dla oka, czego nie można powiedzieć o Michniewiczach i Majewskich. Aha i to Smuda gra w grupie UEFA a nie Skorża - najlepszy trener młodego pokolenia. którego i tak cenię. (Kurcze jak można było odpaść z Tottenhamem, przecież ich wszyscy w Anglii leja, nawet Stock City !!!!).

Całkowicie zgadzam się z tym co napisał kenas85. Smuda mówi o sobie, a nie krytykuje innych, jak pan. Też zgadzam się z trenerem Smudą, że lepiej, aby Polska reprezentacja, była prowadzona przez polskiego trenera(preferencja).

"Smutny wywiad z trenerem Lecha Franciszkiem Smudą przeczytacie w poniedziałkowej Gazecie Sport i wkrótce na Sport.pl. Smutny, bo pokazujący, że są w Polsce trenerzy, których za wszelką cenę bronią się przed piłkarską wiedzą, futbolem interesują się mało, a ze swojej zaściankowości czynią największą zaletę".

Pana smuci wywiad z trenerem Smudą, mnie zaś smuci pana artykuł.

"Kiedyś na polskim bazarze był ortalion polski i francuski. Ta sama fabryka go robiła, a Polacy i tak zawsze kupili ten drugi, tylko dlatego, że był zagraniczny" - tłumaczy zachwyt kibiców i piłkarzy Leo Beenhakkerem Smuda. Jakoś nie chcę mi się wierzyć. Gdybym chciał kupić ortalion wybrałbym lepszy. Na metkę spojrzałbym na samym końcu".

1)Całkowicie zgadzam się z trenerem Smudą w ocenie niektórych Polaków. Mam takie samo zdanie na podstawie własnych doświadczeń. Moim zdaniem, Polacy zbyt często przeceniają innych, a nie doceniają siebie. Wynika to jak sądzę z kompleksów nabytych w wyniku trudnych doświadczeń historycznych, kraju ściśniętego między Niemcami i Rosją(teraz już nie), przechodzących z pokolenia w pokolenie, które często są ukrywane, bo wstyd się do nich przyznać (co utrudnia walkę z nimi), ale które jak słoma same  wychodzą z butów ( np. ciągłe wyszukiwanie polskich akcentów poza granicami kraju, waga jaką przywiązuje się do tego co i czy o nas piszą inni i czy doceniają naszych sportowców, uniżoność mediów wobec gości z zagranicy...). Trudne doświadczenia historyczne ( zabory, wojny i zniszczenia wojenne, nieudane powstania , komuna), były spowodowane głównie naszym nieszczęśliwym położeniem geopolitycznym. Teraz mamy wolną Polskę, należymy do NATO I UE i nie widać jakichś większych zagrożeń w dającej się przewidzieć przyszłości. Może nasze położenie geopolityczne w końcu przestanie być naszym przekleństwem. Trzeba zacząć się cenić i szanować.

2)"Gdybym chciał kupić" - Smuda mówił o tendencjach, a nie o poszczególnych osobach.

 3)" Jakoś nie chcę mi się wierzyć. Gdybym chciał kupić ortalion wybrałbym lepszy. Na metkę spojrzałbym na samym końcu". Jakoś nie chce mi sie w to wierzyć, po tym co pan pisze mam wrażenie, że pan z góry by uznał, że lepsze jest to co zagraniczne, nie mówiąc o tym, że Smuda mówił nie o lepszym czy gorszym. lecz o jednakowym w jakości.

"Ledwie widoczny z okopów Smuda (wszak wiedza zaatakować może w każdej chwili) nie może uwierzyć, że „jakiś zwykły gracz boliwijski jest wart 8 mln euro”. Nie mam pojęcia, co różni piłkarza boliwijskiego zwykłego od niezwykłego, ale wiem, że Marcelo Moreno, bo o nim mówi Smuda, ma 21 lat i współlideruje klasyfikacji strzelców w eliminacjach MŚ. Kilka tygodni temu kupił go Szachtar Donieck.
Czyli stały uczestnik Ligi Mistrzów, do której ponoć Smuda prowadzi Lech. Na razie dostał się do Pucharu UEFA i twierdzi, że „niektóre grupy LM są słabsze od tych Pucharu UEFA".
Z taką tezą Europy zwojować się nie da(...)".

A którzy polscy trenerzy dostali się ostatnio do LM ?. Szkoda, że nie wyjaśnił pan, jakiej wiedzy (może ma pan rację, ale skąd czytelnik ma o tym wiedzieć skoro pan sie ani jednym zdaniem nie zająknąl, o co chodzi z tą wiedzą, chce pan aby mu wierzyć na słowo, a kim pan jest, Bogiem?) brakuje trenerowi Smudze, bo nie chce mi się wierzyć, że cała heca jest z powodu jednego zdania, które pan uznał za tezę i jednego boliwijskiego piłkarza, choć wartego, aż 8 mln euro. Nie jest tajemnicą, że w Polsce płaci się mniej za tą samą pracę, bo jesteśmy krajem na dorobku.

" Nie porozmawia, bo uważa, że wyjazdy na staże nic nie dają, jeśli nie masz bezpośredniego kontaktu z trenerem. Może i słusznie. W związku z tym trener Lecha w ogóle na staże nie jeździ. Był raz, jak mu kazali, żeby dostać licencję UEFA Pro".

Skoro przyznaje pan słuszność argumentom trenera Smudy, to czemu pan uważa, że ma tracić czas na wyjazdy?.

Zaściankowość nie oznacza przywiązania do własnego kraju, a taki wniosek można wysnuć z tego, co panu się nie podoba w wypowiedziach trenera Smudy. Czysty kosmopolityzm, tylko kosmopolita może mieć takie pojęcie o zaściankowości. A z wiedzy innych można korzystać na różne sposoby. Trzeba o to zapytać trenera, a nie wyciągać dowolne wnioski z kilku dobranych cytatów. Bardziej by mnie ciekawiła odpowiedź trenera Smudy na pana zarzuty, bo ich poziom jest dla mnie żenujący.


"Smuda jest jednym z najbardziej cenionych szkoleniowców w Ekstraklasie, wielokrotnie mówiło się o nim w kontekście reprezentacji". 

Moim zdaniem należy dać trenerowi Smudzie szansę wykazania się jako trenerowi reprezentacji, prawdziwą szansę. Śmiem twierdzić, że polski trener nie zachowałby posady po nieudanym EURO 2008. A trener Leo dostał drugą szansę, gdzie tu sprawiedliwość?.

Czy, aby nasza "klasa oświecona", znajdująca się w ciągłym strachu przed rzekomo prześladującą nas zmorą zaściankowości ( czy są kraje, w których wszystko jest cacy?) - jak wiadomo strach ma wielkie oczy, a każdy widzi tylko to, co chce widzieć - nie popada zbyt często w skrajności całkiem przeciwne?. A może wynika to ze zwykłej potrzeby czucia się lepszymi (bycia wybrancami bogów...), realizowanej niezwykle tanim kosztem?.

PATCH. Przeczytałem cały wywiad i już się domyśliłem, co tak naprawdę wstrząsnęło panem Szadkowskiem, tak że aż zabulgotało. Nie to co raczył zacytować i z czym polemizował, ale to co pominął. Otóż ni mniej ni więcej, ale trener Smuda śmiał wytknąć panu Szadkowskiemu skrzętnie ukrywaną, a wstydliwą chorobę. Poniżej cytuję inkryminowaną wypowiedź trenera Smudy wraz z pytaniem dziennikarzy. Pominiętą część zaznaczam podkreśleniem.

Polacy wolą jednak słuchać trenera z zagranicy niż własnego.

To właśnie na to pytanie z tezą, trener Smuda podał przykład ze swojego życia, na potwierdzenie tezy zawartej w pytaniu.

"Kiedyś na polskim bazarze był ortalion polski i francuski. Ta sama fabryka go robiła, a Polacy i tak zawsze kupili ten drugi, tylko dlatego, że był zagraniczny. Sam handlowałem, to wiem. To wpatrzenie w zagranicę jest u nas chorobą".

10-10. Uderz w stół a nożyce się odezwą. No i się odezwały...

Otóż w mojej ocenia ludzie cierpiący na chorobę patrzenia na zagranicę, jak w święty obrazek, to jedna z dwóch połówek polskiego zaścianka. Kompleks niższości wobec cudzoziemców, to jest właśnie to, co nam przeszkadza patrzeć i traktować ich, jak równych sobie, ani lepiej, ani gorzej. Według mnie pan Szadkowski wystapił w obronie polskiego zaścianka, tej jego połówki, która patrzy cielęcym wzrokiem na zachód, widocznie czuje się jego częścią, a posłużył się starą metodą kieszonkowców: kraść i krzyczeć "łapać złodzieja - łapać złodzieja...".

Osobiście gdybym musiał wybierać między najbardziej nawet zacofanym zaściankiem, a nawet najbardziej oświeconym kosmopolityzmem, to wybrałbym zaścianek, ale nie chcę wybierać, staram się być jak najbardziej oświeconym Polakiem, przywiązanym do własnej Ojczyzny.

piątek, 19 września 2008
 

Już myślałem, że moje wieloletnie przekonanie, że brakuje nam pogodnego optymizmu i wiary w siebie, było tylko złudzeniem, jakąś fantasmagorią. Ale wreszcie znalazłem kliniczny przykład defetyzmu ( to moja ocena ) . Znalazłem zupełnie niespodziewanie podczas lektury Przeglądu Sportowego, w komentarzu pana Janusza Basałaja, zastępcy redaktora naczelnego (7-8.06.2008) i to w przed dzień bardzo waznego meczu z Niemcami.

Cytuję, " Chce się nam po prostu wygrać z Niemcami i już!. Nieważne, że w niedzielę wieczorem będziemy się spotykać z trzecią drużyną świata, w której grają zawodnicy Chelsea, Arsenalu czy Bayernu Monachium. Nie ma znaczenia, ilu futbolistów zarejestrowano w niemieckim związku piłkarskim i w jakich warunkach szkoli się za Odrą młodzież. To wszystko przestaje mieć znaczenie kiedy przychodzi czas spotkania z Niemcami".

Sądzę, że to ma znaczenie, ale nie tuż przed meczem. Do jakich wniosków dochodzi pan Basałaj;

"Może i wygramy, choć raczej nie damy rady rywalom lub zremisujemy".

Myślę, że na opak pan Basałaj zinterpretował słowa trenera Górskiego, gdy mówił; "Mecz można wygrać, przegrać lub zremisować". Sądzę nawet, że pomylił pan skutki z przyczynami. Piłkarze wywodzą się prostą drogą ze społeczeństwa, a ono karmione jest, od czasu do czasu, takimi przemyśleniami jak wyżej zacytowane. To właśnie jest przyczyna, a skutkiem tego jest np. bilans meczy Polska - Niemcy; 11 porażek 4 remisy i O zwycięstw. Nie wiem, czy ktoś ma "lepszy" bilans z sąsiadem z za miedzy, ale nie sądzę. Trenerzy swoje, a pan Basałaj swoje.

"Piłka jest okrągła, a bramki są dwie, albo my wygramy, albo oni", "Dopóki piłka w grze, wszystko jest możliwe". Tyle trener Górski. Te same prawdy choć własnymi słowami przekazuje zawodnikom Leo; "Wiem, że wiele osób patrzy na ten mecz i odnosi się do historii.(...) Ale ja pytam: jak to potem można wykorzystać na boisku? Wychodząc z takim nastawieniem pełnym resentymentów, nie zagrasz dobrego spotkania". Trener przypomina też, że na boisku piłkarskim gra 11 przeciw 11 i wiele innych podobnych historii. Ale pan Basałaj wie lepiej.

Gdyby wszyscy w Polsce rozumieli przekaz trenera Górskiego, to obecny trener nie musiałby odkrywać Ameryki i mógłby się spokojnie zająć tylko szkoleniem pilkarzy.

Trener Leo mówi o Niemcach; " jest kilka powodów, dla których są zaliczani do najlepszej piątki na świecie. Przede wszystkim mają znakomitych piłkarzy. Po drugie zawsze grają z ogromnym poświęceniem dla drużyny.(...) - nigdy się nie poddają, zawsze prą do przodu, nie tracą głowy i zawsze w końcówce spotkania są w stanie wykrzesać z siebie dodatkowe siły". Ja nawet sądzę, że to ostatnie, jest główną przyczyną fatalnego bilansu meczów Polska - Niemcy, a nie to, że mają więcej kasy, więcej i lepszych piłkarzy i lepsze boiska. Pan Basałaj się na ten temat nawet nie zająknął.

Pan Basałaj za to pisze; "... ale przed dwoma laty było jeszcze bardziej optymistycznie i skończyło się tak, jak się skończyło (...). Jedna runda i do domu".

Wszyscy sportowcy z całego świata mają na to jedną odpowiedź, dążą do rewanżu, a nie ronią krokodyle łzy nad rozlanym mlekiem. Pan Basałaj zadaje sobie pytanie "Pesymizm?" i odpowiada "nie, ale...". Pan Basalaj wydaje się być przekonanym, że przemawia przez niego mądrość realisty. A ja uważam, że to strach i polisa przed kolejną porażką naszych piłkarzy. Pan Basałaj nie chce więcej rozczarowań i znalazł na to sposób w "realizmie".

Mój realizm jest bardziej zbliżony do realizmu np. trenera Gorskiego. Uważam, że każdy mecz można wygrać, o ile się w to wierzy, ale wiara ta musi być rzeczywista, a nie pozorna, nie może być podszyta strachem, czy obawą. Ale aby była ona prawdziwa nie może być karmiona taką strawą, którą pan Basałaj podaje ( to moja ocena).

Mój realizm opiera się na wielu przykładach, podam jeden. Czy przykład Greków nie powinien przemawiać do wyobraźni i być zaraźliwy także i dla nas, Polaków?. Grecy czarno na białym, wszem i wobec udowodnili, że Polacy mogą zdobyć tytuł, osobną sprawą jest czy go kiedykolwiek zdobędą, ale że mogą zdobyć to już pewnik. Nic i nikt tego już nie zmieni.

Pan Basałaj pisze; "Optymizm i duch w narodzie tak wielki, jak wielkie mogą być nadzieje przed takim meczem. Od polityków po tzw. zwykłych zjadaczy chleba".

Uważam, że to "optymizm" na zapas i nie chodzi mi tylko o pesymizm (pardon "realizm") pana Basałaja, ale o to, że takich pesymistów/defetystów (pardon "realistów) jak pan Basałaj jest dużo, dużo więcej. Jeśli pan Basałaj myśli, że jest wyjątkowy, to jest w wielkim błędzie. Przykłady:

"Wiadomo że kibice nie dadzą sobie psioczyć na drużynę, ale taka jest realna prawda. Ta drużyna nie osiągnie nic i znów powrócą na tarczy, a wszyscy będą się dziwić, co sie znów mogło stać jak zawsze po turnieju z którego odpadają jako jedni z pierwszych"- to jeden z wielu głosów internautów w podobnym duchu jakie czytałem.

Pan Basałaj pisze, co prawda w innym kontekście, ale mi to tutaj bardziej pasuje; "Założę się, że wielu tak myśli, ale nikt tego głośno nie mówi". Właśnie, założę się, że wielu myśli tak samo jak pan Basałaj, a może nawet większość, ale prawie nikt tego głośno nie mówi pod własnym nazwiskiem.

Na sam koniec pan Basałaj pisze; "A mimo wszystko dobrze byłoby pokonać w niedzielę Niemców. W poniedziałek, 9 czerwca, nastałby bowiem najpiękniejszy poranek w Polsce od kilkudziesięciu lat".

Moim zdaniem, im więcej będzie w Polsce takich uczonych "realistów" jak pan, tym mniejsze będą na to szanse. 

Zauważyłem też, że wielu internautów, zaraz po tym, jak odbierała naszym wszelkie nadzieje na sukces, doszła do takiego samego wniosku jak pan Basałaj, że dobrze byłoby wygrać mecz. Czy nie widzi pan w tym sprzeczności nie do pogodzenia?. Czy nie w tym leży różnica między prawdziwą wiarą, a pozorowaną?.

Uważam, że nie można stać okrakiem na barykadzie, że nie można być do połowy w ciąży .... Chce pan uczestniczyć w zwycięstwach przykładając rękę do porażek ?. Pan pisze "chciejstwo". a ja odpowiadam, że pan chce zastąpić chciejstwo samorealizującą się negatywną przepowiednią, samospełniającym się negatywnym proroctwem. Nie wszyscy jeszcze wiedzą tak jak pan, że z Niemcami nie da się wygrać i mają jeszcze iluzje i kierują się nadziejami. Przykłady:

"Klinsmanowi przydarzyło się kilka nieoczekiwanych wpadek, jak porażki z Koreą Południową, Słowacją i Turcją".

Pisze pan "stan iluzji i nadziei - jak my to kochamy" i dodaje "stan, który trudno znaleźć gdzie indziej wśród narodów zjednoczonej Europy". A ja odpowiadam, że jest dokładnie odwrotnie, że ten "stan", którego trudno znaleźć gdzie indziej, to stan iluzji i beznadziei - jak my to kochamy.

Pewnie pan pomieszał dwa odrębne porządki. To że narody zjednoczonej Europy, nie znajdują nadziei dla nas, to jeszcze nie znaczy, że nie znajdują jej dla siebie. Nadzieja to stan indywidualny, nikt ją za nas nie znajdzie.

Tak samo jak pan ubolewam nad tym, że"ograć Niemców czy Rosjan, naszych sąsiadów od tysiąca lat, to marzenie każdego kibica-Polaka". Ja chcę, aby Polacy chcieli wygrywać z każdym bez względu na narodowość, każdy mecz traktując jednakowo i wiem, że tylko taka postawa mogłaby zaprocentować, w przyszłości zwycięstwami w EURO, czy na Mundialu.

Ubolewam również nad tym że, " ten sam naród, który kocha do szaleństwa i pada na kolana przed zwycięskim selekcjonerem, potrafi jednak strasznie pokąsać, kiedy ich zespół przegrywa". Ale mam nadzieję, że nie chodzi panu o zwykłe rozliczanie trenerów za wyniki. Nie wiem jak pan, ale ja nie zamierzam, ani przed nikim "padać na kolana", ani nikogo "kąsać". Sądzę, że pan zbyt generalizuje, że czytelników bulwarówek bierze pan za reprezentatywną grupę narodu. Przyznam, że są najgłośniejsi i większość jest wobec nich bezsilna.

Mi nie odpowiada zarówno hurraoptymizm, zwłaszcza jeśli oznacza on brak szacunku dla rywali [każdy chce wygrać, każdy chce być najlepszy i każdy ma do tego prawo], jak i pesymizm, czy jak to nazywam defetyzm. Moim zdaniem oba są siebie warte, jedno żeruje na drugim, jedno wynika z drugiego i nie wiem, które było pierwsze.

Wiem, sama wiara nie wystarczy do zwycięstwa, ale wiem też, że bez wiary również się nie wygra. Jeśli się gra z faworytami to idzie jakoś tak; jesteście lepsi, musicie z nami wygrać, ale jest mały problem musicie to zrobić na boisku, bez zmiłuj się, na pewno dacie sobie radę :), ale jest jeszcze jeden mały problem, gdy wygracie wszystko pozostanie tak jak jest, ale gdy przegracie, to my staniemy się bohaterami, a wy staniecie się pośmiewiskiem.

przenoszenie bloga na nowy adres w1ktor, czwartek, 12 czerwca 2008

"Wreszcie doczekaliśmy się pierwszego triumfu Roberta Kubicy w F1.(...). A potem zachciało nam się zwycięstwa reprezentacji Polski w jej pierwszym starciu w finałach mistrzostw Europy. W dodatku trzeba było pokonać Niemców. Znowu nabraliśmy się na optymizm piłkarzy (...). Wierni uczniowie Leo Beenhakera, który świetnie potrafi sprzedawać dobry nastrój. Nabieraliśmy się na perspektywy wielkiej gry Polaków przed sześcioma i dwoma laty.(...). Ta tęsknota za piłkarskim sukcesem zespołu biało - czerwonych jest silniejsza od chłodnej oceny sytuacji" - sączy swój jad (to moja ocena) Janusz Basałaj w kolejnym komentarzu w PS ( 9.06.2008 ).

Najpierw muszę panu pogratulować, spełniła się pana samorealizująca się prognoza zawarta w komentarzu przedmeczowym, do meczu Polska - Niemcy. Wykrakał pan bezbłędnie.

To, że pan jako pesymista - "realista" dał się nabrać na optymizm pilkarzy i trenera, to jeszcze nie dowód, że wszyscy optymiści - "idealiści", też dali się na to samo nabrać. Chce Pan dowodów?. Służę;

"To czy nasi piłkarze mają "mentalność zwycięzców" czy nie, to się dopiero okaże podczas meczu. Tylko boisko może to zweryfikować. Na razie to nie jest fakt tylko przypuszczenie. "Mentalność zwycięzców" ma być widać nie w szatni przed i po meczu, nie w wywiadach prasowych, czy na konferencjach prasowych, ale podczas meczu.(...).Trenerzy Engel i Janas też umieli stwarzać pozory i byli przekonywujący, ale boisko to zweryfikowało" - cytat z mojego bloga. Bo widzi pan ja kieruję się wiarą, ale czekam na fakty, polecam. I pretensję zgłaszam o to, że deklaracje nie znalazły potwierdzenia na boisku, a nie o to że były składane oraz mam pretensje o styl gry, a nie o wynik.

Rozumiem, że ta "chłodna ocena sytuacji", to nic innego jak wywieszenie białej flagi, rezygnacja z kolejnych eliminacji do Mundialu, rezygnacja z roli współgospodarza EURO 2012 i czekanie, aż będziemy mieć wybitnych piłkarzy, którzy udźwigną ulokowane w nich nadzieje narodu?. Bo, albo rezygnujemy z walki, albo walczymy i wierzymy w 100 % w powodzenie, bez względu na okoliczności. Innej drogi nie widzę. Rzecz prosta piszę o założeniach przedmeczowych. A to jak ta walka będzie przebiegać i jaki będzie jej wynik to odrębna kwestia.

Tak się składa, że ja też uważam się za realistę, wydaje mi się że mniej więcej znam uwarunkowania i kondycję polskiego sportu, w tym piłki kopanej. Też daleko mi z tego powodu do zadowolenia. Ale staram się odróżniać wiarę ex ante, od ocen ex post.

Gdybym poszedł tropem pana rozumowania rozdzielałbym medale zgodnie z "chłodną oceną sytuacji" ekspertów, a zabroniłbym przeprowadzać absurdalnych zawodów sportowych pod sankcją zamknięcia w zakładzie dla obłąkanych. Moj zaś realizm opiera się na 2 założeniach; 1) wiara i optymizm nie powinny być zależne od wyników meczów, formy zawodników, aktualnej kondycji piłki nożnej w Polsce etc., wiara i optymizm powinny być zawsze, bo tylko na nich można zbudować kiedyś solidną drużynę i cieszyć się ze zwycięstw. 2) sport jest nieprzewidywalny, ale aby takim był trzeba mu w tym pomóc.

Gdyby wszyscy kierowali się "chłodną oceną sytuacji" nigdy nie doszłoby do ani jednej niespodzianki, nie mówiąc już o sensacjach. Takich jak np. ta: Algierczycy sprawili wielką sensację pokonując ekipę Niemiec 2:1 na Mundialu 1982. Im więcej w danym społeczeństwie "mędrców", tym mniejsza szansa na niespodziankę.

Teraz po meczu pisze Pan "...sport, czy futbol potrzebuje optymizmu i wiary w sukces". 10 na 10. Ale czegoś tu nie rozumiem, a gdzie był pana "optymizm i wiara w sukces" przed meczem?!!!. Cały pana komentarz przed meczowy sprowadzał się do tego; "Może i wygramy, choć raczej nie damy rady rywalom lub zremisujemy" i naigrywał się pan z optymistów, utożsamiając ich z czytelnikami bulwarówek (to moja ocena), zarzucał im "chciejstwo" etc.

Teraz po meczu pan pisze "temu jednak trzeba pomóc skuteczną i ambitną postawą. W starciu z tak doświadczonym i świetnym przeciwnikiem (...) każdy z Polaków powinien zagrać coś nadzwyczajnego" 10 - 10. Pan też pomagał jak umiał najlepiej, odświeżając, podtrzymując i utrwalając zadawnione kompleksy niższości wobec Niemców ( pana przedmeczowy komentarz!.). Strasznie pan mąci, czy chce pan w mętnej wodzie ryby łowić (moja ocena i moje przypuszczenie)?.

Czy aby nie powinno być odwrotnie?, to co pan teraz pisze o "wierze w sukces", nie powinien pan pisać przed meczem, kiedy to miało sens, a nie po meczu?. 

Teraz po meczu pan pisze: "Widzieli Państwo te nadzwyczajne rzeczy w wykonaniu np. kapitana zespołu Macieja Żurawskiego (...) albo Jacka Bąka lub Jacka Krzynówka?...". 10 - 10. Każdy widział kto ma oczy, a pan i do pana podobni "myśliciele" miał w tym swój udział (moja ocena pana komentarza przedmeczowego). Ale w tym się akurat zgadzamy, ocena każdego meczu musi być surowa i konstruktywna, ale musi być wypowiadana po meczu i uwzględniać fakt, że turniej się jeszcze nie skończył.

Pan zapewne liczy, że pana pesymizm ( pardon "realizm" ) przełoży się na lepszą grę naszej reprezentacji, że ona potrzebuje różnorodnych bodźców, a ja uważam, że jest to mądrość "krótkowidza". Mi chodzi o długofalowe oddziaływanie, o to, aby dojść do takiego stanu rzeczywistości, aby w ogóle nie było potrzeby pisać, o tak oczywistych rzeczach, jak pełne zaangażowanie i walkę do końca, w każdym meczu reprezentacji, z każdym przeciwnikiem, by gołym okiem było ją widać na boisku. Uważam ponadto, że ogień ledwo się tli, a pan do tego aby go rozdmuchać używa gaśnicy. Do tego opisuje pan tylko skutki, bez podawania przyczyn i sposobów jak im zaradzić.

Jak ważna jest psychika w sporcie, to chyba każdy wie. Trener Niemców po meczu powiedział m.in. "Myślę, że wygraliśmy to spotkanie w sferze psychiki". Marcie Mięciel zaś zauważył "świetną zmianę dał Roger. Od razu widać było, że ten chłopak ma inną mentalność. Grał bez kompleksów. Kiwał, podawał, strzelał". Być może nikt go nie uświadamiał w młodości, że ma się czegoś, czy kogoś bać. Gratuluję panu Basałajowi dobrego samopoczucia, a redakcji PS gratuluję zastępcy naczelnego.

Przenoszenie bloga na inny adres z w1ktor, czwartek, 12 czerwca 2008

czwartek, 18 września 2008

Wśród komentarzystów Przeglądu Sportowego nastąpiła zasadnicza zmiana warty. Mędrca i ironistę, pana Basałaja vel "realistę" ( opinia pana Basałaja ) vel pesymistę (alternatywna ocena ) vel defetystę ( moja propozycja) zastąpił pan 'odważny". W rolę tą wcielił się pan Adamczyk Jacek, publicysta. Pan Adamczyk bardzo odważnie głosi swoje "herezje': "pewnie zabrzmi to jak herezja, ale nie zmartwiłem się po porażce z Niemcami". Już dawno temu przyrzekłem sobie niczemu, ani nikomu się nie dziwić i nie dawać się zaskakiwać, więc pan Adamczyk mnie niczym nie zaskoczył, ale muszę wyrazić uznanie i słowa podziwu redakcji Przeglądu Sportowego. Głosić takie odważne poglądy to jedno, a publikować je na łamach największej gazety sportowej w Polsce to drugie. Rozumiem, że w redakcji panuje absolutna wolność słowa. Panu Adamczykowi gratuluję odwagi, redakacji gratuluję komentatora, a naszej reprezentacji gratuluję kibica, bo o ile zrozumiałem, to pan Adamczyk nadal uważa się za kibica biało - czerwonych. Wolność przekonań.

Moje stanowisko jest stałe i niezmienne. Kibica obowiązuje optymizm ( minimum przyzwoitości ) nawet wtedy jak daje 1 % szans na zwycięstwo swojej drużynie, tak samo jak zawodnika obowiązuje zaangażowanie w grę ( minimum przyzwoitości ). Kibica można rozliczać za brak optymizmu, a zawodnika za brak zaangażowania.

To samo dotyczy ekspertów, komentarzystów, komentatorów etc. jeśli przy okazji, też są kibicami. Muszą tak wykonywać zadania eksperta, komentarzysty czy komentatora, aby to nie przeszkodziło w dobrym wykonaniu zadania przez kibiców. Nie może być tak, że przez brak umiejętności ( np. wyczucia ) podważają rolę kibica. To m.in. przez takich komentarzystów i ekspertów, którzy nie umiejętnie wykonują swoją pracę np. mieszając realizm przedmeczowy (sport jest nieprzewidywalny ), z realizmem pomeczowym (  przegraliśmy, dlaczego?) Polska przegrała ten, przegra następny i jeszcze kolejne... mecze z Niemcami.

Kibic czyta i zakoduje sobie, że kto wierzy w wygraną z Niemcami to frajer i kropka. Co z tego, że kibic pofatyguje się na stadion czy rozsiądzie się przed telewizorem ( ok 11 mln widowni oglądało mecz z Niemcami ) skoro pan Basałaj, ze swadą godną lepszej sprawy pisuje swoje "realistyczne" przedmeczowe komentarze w najpoczytniejszej gazecie sportowej. W końcu kibic pójdzie po rozum do głowy, wyciągnie wnioski i zostanie w domu, albo wyłączy telewizor, bo po licho kibicować drużynie, w którą wstyd wierzyć, bo "realiści" komentarzyści z niego drwią, że się daje nabijać w butelkę, jeszcze zanim mecz sie rozpocznie. Te uwagi odnoszą się do przedmeczowego komentarza pana Basałaja w PS.

Wracając do pana Adamczyka. Dopiero po spokojnej ponownej lekturze komentarza ( pt. "dać się oszukać - bezcenne" PS 10.08.2008) zorientowałem się, że strzelam z armaty do wróbla. Przepraszam. Wiem, że to marne usprawiedliwienie, ale człowiek robi się nerwowy, gdy słyszy, że naszym piłkarzą brakuje pewności siebie ( np. taka była opinia trenera Niemiec; "Myślę, że wygraliśmy to spotkanie w sferze psychiki" ), a w gazetach sportowych komentarze przedmeczowe piszą defetyści. Wystarczy dodać 1 do 1, aby skojarzyć jedno z drugim.

Otóż z kontekstu wypowiedzi Pana Adamczyka okazało się, że pan Adamczyk "nie zmartwił się" po przegranym meczu z Niemcami, nie dlatego, że się ucieszył, albo mu to było obojętne, jeno dlatego, że zwyczajnie nie znalazł na zmartwienia czasu.

Pan Adamczyk Jacek zajęty był nachodzącymi go refleksjami w stylu: "Po raz pierwszy zauważyłem, że my Polacy, umiemy się wspólnie pasjonować czymś innym niż polityczne rozróby.." oraz "nie zdarzyło się w przeszłości, aby w przypadku sportowej imprezy ogarnął nas taki szał". Kolejne są znacznie bardziej rewelacyjne; "Każdy człowiek ( Polak też - dopisek pana Adamczyka) lubi być oszukiwany. To prawda znana od wieków". Z tego wynika, że nie jestem każdym, nie jestem Polakiem, a już na pewno nie jestem wiekowym człowiekiem. Perełka goni perełkę: "Za każdym, kto karmi go pochlebstwami i łudzi sukcesami, pójdzie chętniej, niż za pozbawiającym go złudzeń realistą".

To ostatnie pasuje jak ulał, do komentarza pana Basałaja, z przed meczu z Niemcami. To był prawdziwy popis pozbywającego nas złudzeń "realizmu". Te "złudzenia" to oczywiście nic innego jak przekonanie; "że każdy mecz można wygrać, przegrać lub zremisować", jak mawiał trener Górski, a ja dodaję, o ile się w to wierzy, bo za czasów trenera Górskiego, to się rozumiało samo przez się.

Te złudzenia to np. to że Algierczycy sprawili wielką sensację pokonując ekipę Niemiec 2:1 pod czas Mundialu 1982 ( tego "realistyczny" rozum panów B i A nie przyjmie do wiadomości) i wiele innych mniejszych bądź większych złudzeń. Niestety dzięki brakowi "złudzeń" większości z nas, nie mamy szans na podobne "złudzenia".

Te są zaś udziałem innych jak np. Greków podczas poprzednich EURO. Ciekawe ile złudzeń przyniesie obecne EURO, ale my na złudzenia liczyć nie możemy, już panowie B i A się o to postarali, rzecz jasna nie tylko oni dwaj.

A kto nas "karmi pochlebstwami i łudzi sukcesami". To nikt inny tylko trener Leo; "okazało się, że nie tylko mnie odpowiada, gdy Leo Beenhakker i jego piłkarze przekonują, iż zostaniemy mistrzami Europy. Lepsze to niż nie spełnione obietnice obniżenia podatków".

Geniusz, prawda?. Ja mam jednak poważne wątpliwości.

1) Ostatnio trener Leo zmienił "nieco" zdanie i nazwał już sam udział w imprezie cudem. Wnoszę stąd, że to co mówił wcześniej, nie brało się z jego wewnętrznych przekonań, lecz z zapotrzebowania części kibiców i dziennikarzy, które on tylko zaspakajał, jak umiał najlepiej. A to zapotrzebowanie brało się zapewne stąd, że zbyt dużo u nas jest "chłodnych realistów", którzy z góry bez cienia złudzenia skazują nas na pożarcie z każdym wyżej notowanym rywalem, a kto myśli inaczej to naiwniak i kropka. To oczywiście oburza jakąś część zawodników i kibiców, którzy muszą wierzyć w sukces, jeśli to co robią (kibicowanie i granie) ma mieć jakikolwiek sens. Gdyby natomiast zdecydowana większość społeczeństwa też wierzyła w sukces, a nie co najwyżej dodawała sobie animuszu pohukiwaniami, to byłoby tak jak za czasów Zbigniewa Bońka: " za moich czasów (...). Nikt nie mowił, że jedzie po złoto, raczej deklarowaliśmy, że chcemy wyjść z grupy a potem powalczymy". Prawdziwa wiara nie potrzebuje dodawać sobie animuszu pohukiwaniami. Mi kibicowi, który wierzy w złudzenia, a więc w to, że każdy mecz można wygrać, gdy się w to wierzy, nie zależy na obietnicach, nigdy bym ich nie wymuszał, ani ich nie oczekiwał, werbalnie zadowoliłbym się byle czym, byle w każdym meczu nasi zawodnicy grali tak jakby chcieli wygrać i naprawdę w to wierzyli że mogą i byle to było widoczne gołym okiem na boisku. Mniejsza o wynik.

2) Czyja to wina, że Pan Adamczyk bierze obietnice walki za już spełnioną rzeczywistość?. Mi się wydaje, że pana Adamczyka. "Przechwałki" jak to pan nazywa, mogą być albo oznaką siły, albo słabości, a to boisko może dopiero zweryfikować. Ktoś kto zna reguły rządzące sportem nie podnieca się obietnicami, tylko spokojnie czeka na rezultaty. Mnie nie zwiodą żadne obietnice, wszystkie traktuję z przymrużeniem oka. Dla mnie liczą się, tylko fakty, czyli to co widzę na boisku podczas meczu. Dotąd myślałem, że tak czynią wszyscy.

3) Czyja to wina, że niespełnione obietnice sportowców uważa pan Adamczyk za oszustwa?. Czy aby nie pana Adamczyka?. Nigdy bym sam na to nie wpadł. Czy trener Wagner, też byłby oszustem, gdyby siatkarze przegrali mecz z Rosjanami?. Ewidentnie z tego, co pan pisze wynika, że pan uważa ze skoro np. Polacy nie wygrali danego meczu tzn., że nie mogli wygrać, że wynik był zdeterminowany i że oczekiwanie na zwycięstwo było niczym nieuzasadnionym złudzeniem (oszustwem). Jeśli wynik miałby być czymś zdeterminowany, to tylko tym, jeśliby zawodnicy jednej z drużyn nie wierzyli w to, że mogą wygrać. A więc z powodów odwrotnych niż pan zakłada. Przecież sportowcy nie mogą obiecywać że wygrają, mogą tylko obiecać, że spróbują, ale żeby mogli spróbować wygrać muszą być przekonani, że wygrają, inaczej się nie da. Dotąd myślałem, że każdy kibić rozumie podtekst podobnych "przechwałek". Inna sprawa, że nie muszą swej wiary deklarować publicznie, a skoro to robią, to jedno z dwojga, albo są bardzo silni psychicznie i pewnie swego, albo odwrotnie są słabi i próbują dodawać sobie animuszu i właśnie tylko boisko jest od tego aby to zweryfikować.

Pod koniec komentarza pisze pan "Dlatego do czwartku, do spotkania z Austrią, jak każdy ogarnięty futbolową pasją człowiek (..) spróbuję zrozumieć, skąd wzięły się wcześniejsze przechwałki naszych zawodników oraz trenera". Powodzenia, ale ja już wiem, że pan tego nigdy nie zrozumie, a to dlatego, że dotąd pan tego nie rozgryzł. Odpowiedź tkwi w słowach trenera Górskiego; "mecz można wygrać, przegrać lub zremisować", które na pewno są panu znane. A więc każdy ma nie tylko prawo, ale nawet i obowiązek (o ile sport ma mieć sens) zakładać, że wygra. Inszość, czy to znajduje potwierdzenie na boisku, oczywiście w walce o zwycięstwo, a nie w wyniku. I za to moim zdaniem można rozliczać i krytykować trenera i zawodników. Nie za to że składali obietnice, ale za to że ich nie dotrzymali.

W wywiadzie z Podolskim, można wyczytać m.in. "obawialiśmy się, że zechcecie rzucić się do odrabiania strat", to o pierwszej połowie, a o podsumowaniu całego meczu można przeczytać "przyznam szczerze, że spodziewałem się, że Polacy zagrają lepiej". Że tak się nie stało czuję w tym rękę ludzi myślących podobnie do pana, a zwłaszcza do pana Basałaja. Jeśli chodzi o mnie, to nie jestem rozkapryszanym dzieciakiem, abym nie mógł znieść rozczarowania porażką i stał się przez to defetystą, który zakłada porażkę zanim ona nastąpi i szczyci się swym pożal się Boże "realizmem". To ostatnie zdanie odnosi się głównie do pana Basałaja, który "realistycznie" przewidział wynik zanim stał się on faktem w komentarzu przedmeczowym, nasiąkniętym ironią i drwiną, wynikającymi z poczucia wyższości "chłodnego realisty" wobec kibiców, którzy śmią jeszcze wierzyć.

przenosiny bloga w1ktor, czwartek, 12 czerwca 2008

Proszę mi wierzyć, nie chcę nikogo atakować, piszę to co myślę. Rzecz prosta, bardzo cenię Zbigniewa Bońka, zwłaszcza jako wybitnego piłkarza, ale pozwolę sobie na kilka zdań polemicznych. 

"- z Niemcami przegrywamy, przegrywaliśmy i będziemy przegrywać. No i może faktycznie trzeba się pogodzić z faktem, że piłkarsko jesteśmy drużyną  słabszą. tylko po co budowaliśmy w takim razie ten huraoptymizm" - powiedział Zbigniew Boniek w rozmowie z Rafałem Romaniukiem. 

Po pierwsze, jedno to wynik a drugie do styl gry. Wiele drużyn z góry skazywanych na pożarcie, bez względu na osiągnięty wynik, walczy na boisku tak jakby nie zdawali sobie sprawy z tego, że nie mają szans.

Po drugie przyznam się, że po wybitnym sportowcu nie spodziewałem się powyższych słów. Najbardziej mnie zaniepokoiło to, że z Niemcami "będziemy przegrywać". Mam nadzieję, że autorowi tych słów nie chodziło o to, że zawsze, ale tylko, że jeszcze nie raz z nimi przegramy. Nawet gdy założymy jak chce autor, że "piłkarsko jesteśmy drużyną słabszą", to po 1) chyba nie zawsze tak musi być, a po 2) i ważniejsze, to że jesteśmy drużyną słabszą nie jest równoznaczne z porażką. W sporcie chyba zdarzają się niespodzianki i nie zawsze faworyt wygrywa?. Bo gdyby potraktować słowa Zbigniewa Bońka dosłownie, to aż strach pomyśleć, co by było, gdybyśmy mieli się jeszcze z Niemcami kiedykolwiek spotykać na boisku (zresztą w jakim celu?), np. podczas EURO 2012.

Znowu zobaczylibyśmy to samo, co widział Zbigniew Boniek, w 1 meczu z Niemcami i chyba w cale to mu się nie podobało?: "w niedzielę natomiast miałem wrażenie, że jesteśmy jak bokser, który wychodzi na walkę z Tysonem. Uderza lewym prostym i ucieka. Znowu uderza, i znowu ucieka. Sędziowie typują zwycięstwo Tysona na punkty, a rywal cieszy się, że nie skończyło się nokautem". Co więcej, gdyby słowa Bońka, w ich dosłownym brzmieniu miałyby stać się wyrocznią, to taki obraz by się powtarzał za każdym razem, przy każdej konfrontacji z drużyną Niemiec. I gdybym tak jak autor ( w dosłownym brzmieniu jego słów) założył z góry, że tak musi być już zawsze, bo "piłkarsko jesteśmy drużyną słabszą", to bym wybrał wariant, aby więcej już na to nie patrzeć.  

Nie mogę podważać słów wielkiego piłkarza, więc muszę się przyznać, że dotąd żyłem złudzeniami. W swej naiwności sądziłem, że  chłodny realizm jest potrzebny, aby realnie ocenić własne szanse w konfrontacji z danym przeciwnikiem, a nie po to, aby się poddawać jeszcze przed walką. Co więcej, w swej naiwności sądziłem, że chłodny realizm służy do tego, aby bezbłędnie ocenić kto jest faworytem, a kto outsiderem i wyciągnąć z tego właściwe wnioski, że jak się jest faworytem, to należy się pilnować, aby nie zlekceważyć rywala, a jak się jest outsiderem, to trzeba się podwójnie zmobilizować, aby postawić jak najcięższe warunki mistrzowi. 

Myślałem w swej naiwności, że nikt nie stoi na zupełnie straconej pozycji, dopóty dopóki sam w to nie uwierzy. Co więcej, sądziłem, że w piłce kopanej obowiązuje ta sama zasada co w innych dyscyplinach sportu, czyli "bij mistrza", a nie klękaj przed nim na kolana. Myślałem nawet, że jak się przegra, to się dąży do rewanżu, a nie zakłada z góry kolejne porażki, aż do grobowej deski.     

Mam też problem ze zrozumieniem i tych słów "tylko po co budowaliśmy w takim razie ten huraoptymizm".  Byłem przekonany w swej naiwności, że ten "huraoptymizm" był budowany z obawy, aby Polacy, nie przegrali z Niemcami jeszcze w szatni i tylko w tym celu, aby podjęli z nimi bezkompromisową walkę, co zresztą okazało się nieskuteczne. 

Czy więc "hurra optymizm" mediów i kibiców stworzył presję oczekiwań nie do udźwignięcia przez piłkarzy i przyniósł skutki odwrotne od zamierzonych?. Moim zdaniem nie. Sądzę, że problem nie leży w wypowiedziach i nastrojach przedmeczowych - jeśli o mnie chodzi mogą być skromne, z pełnym respektem dla przeciwników, z presją na zaangażowanie, a nie na wynik - ale w tym, że wypowiadane słowa nie znajdują potwierdzenia na boisku. Nie chodzi mi o wynik meczu, bo ten jest zawsze nieprzewidywalny dopóki obie drużyny wierzą w zwycięstwo, lecz o walkę o zwycięstwo.

Sądzę, że problem tkwi w niedostatecznym odróżnianiu i wyciąganiu odpowiednich wniosków, z dwóch odmiennych rzeczywistości, przed i po meczowej. Według mnie jednym z głównych problemów polskiego sportu jest strach przed porażkami, a to paradoksalnie zmniejsza szanse na zwycięstwa. Strach przed porażkami bierze się z nie umiejętności społeczeństwa odróżniania szans od pewności/konieczności ich realizacji. Strach ten paraliżuje entuzjazm, zabija radość z gry, zmniejsza wiarę w sukces, hamuje aspiracje etc.

Od nikogo, także od faworytów, nie można domagać się zwycięstw i nikomu nawet outsiderowi nie można odbierać szans i nadziei na zwycięstwa. Każdy ma prawo wierzyć w siebie i okazywać tę wiarę na sposób jaki chce, a czynienie z tego powodu zarzutów w razie porażki -jeśli tylko o samą porażkę chodzi, a nie o jej styl - jest właśnie dowodem nieumiejętności oddzielenia koniecznej wiary w siebie od rzekomego obiecywania zwycięstw i rzekomego nie dotrzymywania obietnic.

Sądzę że Polacy jako ogół ( większość ) mają problem z logicznym, precyzyjnym myśleniem i w tym tkwi nasza słabość jako społeczeństwa i to rzutuje również na sport. To nas odróżnia na niekorzyść od wyżej od nas stojących pod tym względem społeczeństw zachodnich.

Należy bezwzględnie wierzyć w siebie, stawiając sobie wysokie cele i wymagania, nie bać się nawet deklaracji na wyrost, gdyż są one często skutecznym dopingiem i motywacją do czynu, ale nie można obrażać się na siebie i innych za ich nie dotrzymywanie. Musimy pamiętać że wiara ma tylko zwiększać szanse na zwycięstwa, a nie być ich gwarancją, a wtedy zniknie strach przed porażkami.

Domaganie się obniżania aspiracji na skutek porażek, z obawy negatywnej reakcji społeczeństwa, prowadzi prostą drogą do zmniejszania wiary w sukces, a to prowadzi do coraz większej zapaści polskiego sportu. A rozwiązanie wydaje się proste (ale wielce być może w naszych realiach, czyli niedostatku logicznego myślenia, niemożliwe do zastosowania), a jest nim precyzyjne odróżnianie zapowiedzi opartych na wierze, nadziejach, aspiracjach etc., od konieczności, nieuchronności ich dotrzymywania. Do sportowców można mieć pretensje o brak zaangażowania, woli walki etc. a nie o to, że wiara, aspiracje czy deklaracje nie zawsze przekładają się na wynik.

Z porażką trzeba się zawsze liczyć i tyle, ale ta świadomość nie powinna przeszkadzać, ale odwrotnie pomagać w dopingowaniu. Wystarczy nie brać oczekiwań za rzeczywistość i nie robić dramatu gdy rzeczywistość okaże się inna niż oczekiwania, bo to właśnie wytwarza niezdrową presję oczekiwań (na wynik, a nie na walkę), tworząc atmosferę strachu przed porażkami i daje alibi tym kibicom, którzy wykorzystują porażki do narzekań, biadolenia i insynuacji.
Na koniec porównam dwa mecze Polska - Niemcy i Chorwacja - Niemcy, z pełną świadomością, że obecna Chorwacja to dużo bardziej klasowa drużyna niż Polska.  Wpierw przedstawię ocenę meczu Polska - Niemcy, oczami rozmówcy Bońka Rafała Romaniuka "Oglądałem ten mecz w biurze prasowym w Wiedniu w towarzystwie niemal wyłącznie dziennikarzy z Austrii i Niemiec. I miałem ochotę schować się pod stół, bo po kolejnych interwencjach polskich obrońców po sali przechodziły salwy śmiechu". (...) zapamiętałem, jak Golański kopie się w czoło. Zapamiętałem, jak Smolarek i Żurawki błąkają się gdzieś bez pomysłu. Zapamiętałem, jak polscy piłkarze w 60 min patrzą w murawę, podczas gdy Niemcy grają z podniesioną głową". 

To, że Polacy przegrali z Niemcami  w sferze psychiki, że do konfrontacji umiejętności czysto piłkarskich obu zespołów tak naprawdę w ogóle nie doszło, to też m.in. opinia trenera Niemców zawarta w słowach: "Myślę, że wygraliśmy to spotkanie w sferze psychiki".  W wywiadzie z Podolskim, można wyczytać m.in. "obawialiśmy się, że zechcecie rzucić się do odrabiania strat". Tak więc Niemcy wygrali z nami nie dlatego, że są piłkarsko lepsi -jak słusznie twierdzi Boniek- bo nie zostali zmuszeni, aby to udowadniać, ale dlatego, że nie podjęliśmy z nimi prawdziwej walki "na noże".  

Po obejrzeniu zaś meczu Chorwacji z Niemcami swoje wrażenia na gorąco opisałem tak "Dlaczego?. Dlaczego Chorwacja, która wymęczyła zwycięstwo z Austrią, gra bez strachu i kompleksów, gra w piłkę z Niemcami a my nie możemy? Dlaczego? Odpowiedz jest jedna; strach ma wielkie oczy, a diabeł jak się okazuje nie jest tak straszny, jak go malują. Chyba już tylko my panicznie boimy się Niemców, jesteśmy ostatnim mohikaninem strachu przed Niemcami." oraz "inni grają w futbol a nasi grają w chowanego" oraz " trzeba grać z zębem, bo chyba tylko o to chodzi, żeby było widać pełne zaangażowanie i wole zwycięstwa". To było pisane pod wpływem emocji, dziś już bym tak tego nie ujął, ale ogólne wrażenie zostało to samo. Michał Kołodziejczyk zaś pisał "wystarczyło w ten sukces wierzyć" oraz "Chorwaci pokazali Polakom, że Niemcy byli do pokonania. A Ballack wcale nie jest w życiowej formie". Przypomnę jeszcze słowa Jacka Gmocha "zobaczyliśmy, że Niemcy ani nie potrafią stworzyć przewagi, ani wygrać pojedynku 1 na 1. Przed  Chorwatami padli jak mur berliński!. Szkoda, że nam się nie udało ich tak rozbić". Ujęły mnie też słowa trenera Chorwatów Slavena Bilića " Ciągle w naszej grze najważniejsze jest serce" . Czyżby to miałby być kolejny turniej zmarnowanych szans, których sami sobie nie dajemy ( zła selekcja, nie ten styl , nie to zaangażowanie, nie ta motywacja etc.)?. 

w1ktor, poniedziałek, 16 czerwca 2008

 
1 , 2