Publicystyka, refleksje, newsy ...Psy szczekają karawana jedzie dalej.Motto: Bitwa zwycięska to bitwa, której nie uznaliśmy za przegraną. Ferdynand Foch
| < Czerwiec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30    
Zakładki:
Ulubione
Blogi Sportowe statystyka Katalog Stron www http://www.interbookie.pl/tutoriale/tenis-ziemny-poradnik-typera/poradnik-dotyczacy-typowania-tenisa-ziemnego

MOJE CREDO KIBICA

poniedziałek, 26 stycznia 2009

Moje credo kibica - ten tekst będzie systematycznie uzupełniany, jest to na razie mały fragment większej całości i z góry przepraszam za nieuniknione truizmy.

Moje credo kibica czyli moja osobista/subiektywna diagnoza i recepta na niektóre bolączki polskiego sportu.

Po pierwsze muszę oddzielić zawodników od kibiców. Zawodnicy muszą zawsze wierzyć w zwycięstwo i od tego jest trener, aby tego dopilnował (podstawowe zadanie trenera).

- jeżeli piłkarz nie wierzy w wygraną, to niech nie gra - trener F. Smuda

Ja piszę głównie o kibicach, z punktu widzenia kibica.

Jestem przeciwnikiem hurraoptymizmu i defetyzmu jako dwóm skrajnym i siebie wartym postawom, pozornie przeciwstawnych, ale w istocie rzeczy na sobie żerujących, ale między tymi skrajnymi, choć u nas częstymi postawami, jest miejsce na to co uważam za normalne kibicowanie, czyli bezwzględną wiarę w tych którym się kibicuje, bez zakładania z góry zwycięstw, czy porażek, tylko z nastawieniem na walkę, na emocje, na ciekawe widowisko. Według mnie im więcej takich kibiców, tym lepiej dla sportu, w każdym kraju. Rzecz prosta ideału nigdzie nie ma i nigdy nie będzie, ważne czy człowiek podąża w stronę tego co uważa za idealne (rzecz jasna uwzględniając realną rzeczywistość), czy się poddaje brakowi ideałów.

Kibic zawsze musi wierzyć w zwycięstwo, bo kibic musi dodawać wiary, a nie jej odejmować. Dla mnie ci wszyscy co kraczą nie są kibicami.

Ale co innego wierzyć w zwycięstwa, a co innego nastawiać się na/zakładać zwycięstwa, a jeszcze co innego wymagać zwycięstw. Najłatwiej poznać nastawienie i wymagania kibiców po tym jak znoszą porażki. Rzecz jasna należy cieszyć się zwycięstwami i smucić porażkami, byle ta radość i rozczarowanie nie przybierały karykaturalnych/szkodliwych form; arogancji i bufonady nad pokonanym rywalem czyli emocjonalnej euforii po zwycięstwach z jednej strony,  pomstowania i skazywania na dalsze porażki po przegranych, z drugiej strony. 

U nas niestety często jest bardzo dziwacznie. Wielu polskich kibiców w przedziwny sposób łączy brak wiary ( krakanie, defetyzm z pozą rzekomego realizmu), z jednoczesnym nastawieniem i wymaganiem samych zwycięstw, pod sankcją wieszania psów i darcia kotów. Mimo pozornej sprzeczności jedno wynika z drugiego i tworzy błędne/obłędne koło. Absurdalna presja na zwycięstwa wytwarza, z jednej strony paraliżującą atmosferę strachu przed porażkami, choćby podświadomego u sportowców, bo co na to kibice, co przekłada się na większą ilość porażek, a z drugiej powoduje utwierdzania się w kompleksach po każdej porażce, głównie u kibiców i wróżenie dalszych porażek.

Mądry kibic powinien wymagać tylko i aż pełnego zaangażowania, walki, wiary, pogodnej pewności siebie etc., gdyż taka postawa daje największe szanse na zwycięstwa, natomiast kibic który nastawia się i żąda zwycięstw, czyli dzieli skóry na żywych niedźwiedziach, wyrządza tym którym kibicuje niedźwiedzią przysługę, zachowując się jak słoń w składzie porcelany niszcząc/tratując psychikę swoich sportowców.

Można żądać od zawodników walki, najlepiej z głową i do końca, dobrego przygotowania etc., bo to leży w ich gestii/możliwościach, ale nie można żądać zwycięstw, bo ich zapewnienie nie leży w mocy sportowców (nawet wtedy gdy składają takie "obietnice", trzeba rozumieć ich kontekst), a zawodnik choćby podświadomie wie, że wymaga się od niego rzeczy nie zawsze możliwych do spełnienia, które niezleżą tylko od niego i to mu w niczym nie pomaga.

  1. Przykład: wywiad z Marcinem Lijewskim przed zbliżającymi się MŚ w piłce ręcznej: "Przed ubiegłorocznymi mistrzostwami Europy miał pan powiedzieć: "jedziemy po złoto". Potem zespół to podchwycił, ale pan się z tego wycofał. - Ja wtedy powiedziałem, że jedziemy walczyć o złoto, a w tekście tego czasownika już zabrakło (niektórzy dziennikarze myślą, że czytelnicy lubią tylko jasne sytuacje - dopisek mój). Nie powiem, że nie jechaliśmy po medal. Bo rok wcześniej zdobyliśmy wicemistrzostwo świata i chcieliśmy iść za ciosem. Nie widziałem w tym nic złego, a wyszło tak, że przez następny rok bylem nagabywany przez dziennikarzy "no bo pan obiecał, no bo pan deklarował, a nie wyszło". (podkreślenie moje )Od tamtej pory jak ktoś mnie zapyta, po co jadę na mistrzostwa, to w życiu nie powiem, że jadę po złoto. Może jestem trochę szalony, ale nie jestem głupi. Dwa razy tego samego błędu nie popełnię".

Jeśli w Polsce nawet kaprale (dziennikarze sportowi) nie rozumieją kontekstu "obietnic" sportowców, to cóż można wymagać od szeregowych kibiców ?.

Im lepiej zawodnik będzie grać, im bardziej będzie waleczny tym większa jest szansa na zwycięstwa, tak więc i z tego punktu widzenia bez sensu jest wymagać zwycięstw, bo wystarczy wymagać pełnego zaangażowania i walki, najlepiej do końca i z głową. Nic więcej nie da się zrobić, a zaklinanie rzeczywistości sprawdza się tylko w bajkach.

Najprościej by było w ogóle pozbyć się presji mediów i kibiców, zostawiając sportowców sam na sam z ich własną presją/ ambicją, ale tak się nie da, zwłaszcza jeśli chce się odnosić sukcesy powtarzalne. To co mówiła Marta Domachowska "Grałam dobrze, bo wszyscy mnie skreślili" » może być bardzo dobrym rozwiązaniem, ale tylko wtedy, jeśli chce się osiągać jeno incydentalne sukcesy.

Wiadomo, że presja mediów/doping kibiców jest bronią obosieczną, bo może podrywać do boju, zagrzewać do walki, wytwarzać dodatkową adrenalinę (gospodarzą sprzyjają ściany), albo też paraliżować.

Polscy sportowcy często deklarują, że lepiej im się gra gdy już nikt na nich nie liczy, czyli bez presji oczekiwań. Widać to zresztą często na arenach sportowych, gdy nasi zawodnicy zaczynają lepiej grać po kilku niepowodzeniach, gdy presja spadnie, a pogarszają znowu swoją grę, gdy presja wzrośnie na skutek zwycięstw, albo po tym, że po sensacyjnych zwycięstwach przychodzą często sensacyjne porażki i odwrotnie.

Dlaczego tak się dzieje?, moim zdaniem właśnie dlatego, że u nas dominuje szkodliwa presja z akcentem na zwycięstwa obliczona na chęć zagwarantowania sobie z góry sukcesów, co jest nie tylko niewykonalne, ale i szkodliwe, bo przynosi odwrotne rezultaty od spodziewanych (kto ma nienasycony apetyt, ten na ogół chodzi głodny), a nie - w mojej ocenie - właściwa presja z wyraźnym akcentem na walkę, najlepiej do końca i z głową. Ta znana polska nie umiejętność radzenia sobie z rolą faworytów wynika właśnie z naszej narodowej toksycznej presji na zwycięstwa ( ta z kolei wynika z naszych kompleksów narodowych), a nie ze zdrowej presji na widowisko i walkę, najlepiej do końca i z głową.

PS. Psychologowie często przypominają, że na wielkich imprezach nie potrzebna jest na ogół dodatkowa presja, bo wystarczy naturalna presja sportowca do odniesienia sukcesu, a dodatkowa presja może prowadzić do tzw. "nad motywacji" ( "nad motywacja czasami jest gorsza niż brak motywacji" - uważa ksiądz Pelczar, nieoficjalny kapelan Euro 2008).

Moim zdaniem presja powinna być na walkę i tylko na walkę, a nigdy na zwycięstwa, choćby dlatego, że takie podejście do tematu sprzyja zwycięstwom ( i to zarówno w roli faworytów jak i pretendentów, a odwrotne sprzyja porażką ( tak w jednej jak i drugiej roli). Bowiem zwycięstw nie da się na nikim wymusić, choćby nie wiem jak się starać, ani na swoim sportowcu, ani na jego rywalu ( oczywiście pomijam oszustwa). Ale właściwe podejście do tematu wymaga świadomego precyzyjnego odróżniania walki o zwycięstwo, od samego zwycięstwa. A to już zależy od ogólnego poziomu umysłowego danego społeczeństwa i nawyków, które z niego wynikają. Wszystko więc zależy od dominującego sposobu myślenia, a ono - stety czy niestety - już samoczynnie przekłada się na indywidualne oraz stadne zachowania.

Dialog wyimaginowany:

a - wiesz, x,y "poległ/a".

b. - a walczył/a?.

a. - nie słuchasz?. "Poległ/a".

b. - ale czy walczył/a?.

a. - cholera słuchaj co do ciebie mówię, co mnie obchodzi czy walczył/a!. "P O L E G Ł/ A" i już!.

b. - ale czy walczył/a?.

a. - kurcze. Walczył/a, a co?.

b. - no to wszystko gra.

a. - dureń/idiota.

b.- dzięki.

Wszystko co wyżej napisane można oczywiście zastąpić prostym zawołaniem, aby zawsze wygrał lepszy, a lepszy zawsze jest ten, który wygrywa (przynajmniej do rewanżu). Czyli nie można tłumaczyć zwycięstw, czy porażek słabszym, czy lepszym dniem rywala. Każdy zawodnik może mieć słabsze (bardzo słabe), czy lepsze (bardzo dobre) dni, ale to nie znaczy, aby tym tłumaczyć zwycięstwa, czy porażki. Podobnie z urazami, jeśli ktoś nie czuje się na siłach to nie powinien grać, a jak gra to nie powinien tym tłumaczyć porażek, bo wtedy jest nie fair wobec rywali (jedni w ogóle mogą nie mówić o swoich urazach, a inni mogą się skarżyć nawet wtedy, jak nic im nie dolega, po to aby wyprowadzić rywala w pole).

Wszystko co napisałem wyżej dotyczy głównie porządku przed zawodami sportowymi. Zaraz po walce dla mnie sportowiec może sobie nawet ponarzekać i pobiadolić, byle niezbyt długo. U nas na ogół nie odróżnia się porządku przed i pomeczowego: kracze się przed walką, a po walce czepia się narzekających sportowców. Czy to ważne, czy sportowiec szuka po walce wymówek (może mu to pomaga w zachowaniu wiary w siebie), czy nie ( może szukać po cichu, nic nikomu nie mówiąc, co jest jeszcze gorsze)?. Chyba ważne jest tylko to, czy w czasie zawodów walczy do końca i do końca wierzy w zwycięstwo. 

 


 

Tak samo nie dzielę rywali na łatwiejszych i trudniejszych, w tym sensie, że z jednymi trzeba wygrać (w sporcie nie ma przymusu, czy obowiązku wygrywania, to absurd i prowadzi zazwyczaj do skutków odwrotnych od oczekiwanych, może być za to obowiązek walki, najlepiej z głową i do końca), a z drugimi tylko można ( nie piszę już o tych co z góry zakładają porażki), takie myślenie jest krótkowzroczne, wynika/skutkuje zaniżaniem aspiracji. Wszyscy przeciwnicy "słabi", czy "silni" powinni być jednakowo traktowani (nie można dzielić zawodników na słabszych i mocniejszych bez szkody na psychice), albo chce się wygrywać ze wszystkimi, albo nie ma sensu bawić się sportem. Tak samo uważam, że zawodnicy którzy dzielą przeciwników na silniejszych ( w domyśle, których trzeba się bać) i słabszych ( w domyśle, do musowego pokonania ) stoją na straconej pozycji wobec tych którzy traktują wszystkich mniej więcej jednakowo. To o takich sportowcach pisze/mówi się, że walczą bez respektu dla przeciwnika, bez kompleksów.

Nie mówiąc już o tym, że nie dzieląc przeciwników na słabszych i  mocniejszych mamy większą szanse wygrywania tak z jednymi jak i z drugimi. Więc widzę całkowity bezsens w takim rozróżnianiu. Niestety samoczynnie się ono nasuwa i dopiero rozum/myśl musi mu stawiać opór.

"Samo się nasuwa" np. w postaci: ale mamy szczęście trafiliśmy na słabszą grupę, słabszego rywala czy rywalkę, a teraz musimy to wykorzystać, bo jak nie teraz to kiedy?, jak nie z nim, to z kim?. To jest jeden z objawów według mnie bardzo szkodliwej presji nakierowanej na zwycięstwa, a nie na walkę, najlepiej do końca i z głową, bo walka nie potrzebuje takich tłumaczeń i zaklęć, że rywal jest potencjalnie słabszy czy w naszym zasięgu i mamy mus to wykorzystać. Jak ktoś jest naprawdę słabszy to przegra bez tego, a już zwłaszcza wtedy gdy go poważnie ( bez lekceważenia) potraktujemy. Jak pisałem takie "musy" nie wróżą nic dobrego.

Moim zdaniem powinno się szkolić ( np. w Instytucie Psychologii Sportu) kaprali czyli dziennikarzy sportowych/komentatorów i szeregowców czyli kibiców, tak jak są szkolenia dla trenerów czyli pułkowników, generałów albo marszałków (np. Kazimierz "sarenka" Górski, Feliks "papa" Stamm czy Hubert "kat" Wagner). Tylko szkoda, że na ten temat można sobie jeno pożartować.

Jestem bardziej niż przekonany, że gdyby w polskim sporcie od zawsze dominowała właściwa presja na walkę, najlepiej z głową i do końca, na emocje i widowisko, to w historii naszego sportu dużo więcej mielibyśmy sukcesów a mniej porażek, ale nade wszystko zmniejszyłaby się "ciemna cyfra", czyli  liczba sukcesów i porażek, które nigdy nie zaistniały, a to ze względu na nasz niedorozwój myślowy (niedostatek precyzyjnego, logicznego myślenia) oraz emocjonalno - uczuciowy (kompleksy rekompensowane/schowane pod maską megalomanii). Niestety nie da się tego z oczywistych względów w sposób eksperymentalny udowodnić. Trzeba się zdać na logikę/porówniania z innymi.

Mniej ważne jest komu się kibicuje, ważniejsze jest to, aby jednakową miarę przykładać do wszystkich sportowców, również bezpośrednich rywali, bo inaczej szkodzi się przede wszystkim tym którym chce się kibicować. A jeśli kogoś się lepiej traktuje (bo się go np. lubi), a kogoś gorzej (bo się go np. nie lubi), czego właśnie nie polecam, to wtedy trzeba takie samo prawo przyznawać innym.

To jest remedium wieloletnich luźnych przemyśleń myśliwego w tym tomacie, a teraz jeno  poddawanych ostatecznej widomej przeróbce.